Było w niej coś nieodgadnionego; coś, co sprowadzało na manowce; coś, co szeptało do ucha wszelkie niebanalności uniwersum; była niedoskonale doskonała, z tymi płytkimi zmarszczkami znaczącymi zewnętrzne kąciki oczu, gdy usta rozlewały się uśmiechem, ukazując odrobinę nierówne kły. Nie była w końcu perfekcją, nie starała się nawet doń dążyć, była autentyczna i istniejąca, rzeczywista i faktyczna w swojej nieskromnej prozie. Nie wiedziała wszak, w szesnastoletnim nieobyciu, jak działa na mężczyzn i choć zaokrąglona miejscami figura urastała do rangi kobiety – ona się nią nie czuła. Mikry wzrost, niewiele wybijający się ponad stosowne półtora metra, przywdziewał ją jednocześnie w szaty niewinności; tak jakby ta nimfa rzeczna, którą była, na palcach przemierzała ścieżki wyścielone miękkim mchem. Wydatne wargi ponownie zadrżały pod ciężarem filuternego uśmiechu, zaznaczając policzki niewielkimi dołeczkami.
Mariaże wynikłe z układów rodzinnych wciąż były faktycznym stanem rzeczy, a zaznaczenie dłoni nitką obietnicy małżeńskiej niejednokroć nie miało nic wspólnego z uczuciem per se. Była gotowa, iż kiedyś i ona wypowie słowa przysięgi, nie czując na dnie duszy absolutnie nic – a do pragmatyczki było jej daleko; wierzyła jeszcze w autoteliczność i wagę uniesień miłosnych; na dnie duszy chciała pokochać i być pokochaną, gdy kalendarz znaczył ją szesnastą wiosną, jeszcze posiadała w sobie ślady niepokornej romantyczki, tej, która posiadała w głowie pstro, a westchnięcia roniła nad treściami harlekinów. Dopiero zaczynała odkrywać w sobie pierwiastki determinowane żeńsko i choć drażniła się z coraz chyżej zacieranymi granicami Anthony’ego – wciąż nie urastała do rangi kokietki.
Widziała, jak na niego wpływa; jak zatraca się w akwenie jej duszy; jak nie może oprzeć się fatum jej uroku. Każda sekunda stawała się coraz bardziej duszna, bliskość zarysowywała się coraz cieńszą linią, ujmując centymetrom ich dzielącym. I gdy już ledwie stronica kartki ich dzieliła…
Pąs objął ciepłym różem jej oblicze, barwiąc je śladem speszenia, które niepomiernie rozgościło się na piegowatym nosie i pełnych, jeszcze dziecięcych policzkach. Jego wargi pod dotykiem kciuka były miękkie i gorące, a rozchylenie ich przyszło jej nader łatwo. Spojrzenie umościło się na nich, aby po chwili, zdającej się trwać długie minuty, roziskrzone tęczówki wbić w jego oczy.
Nie potrzebowała pozwolenia.
– Zbadajmy więc swoje granice. Może to być jak upadanie, może to być końcem. Czy weźmiesz mnie za dłoń i utoniesz wraz ze mną? – zabrzmiała retoryką, omiatając ciepłym, słodkim oddechem jego twarz.
Kosmyk założony za ucho zaznaczył się linią jego dotyku – nie kładł się już pędzlem akwareli na policzku, chociaż zaraz miał się wyplątać wtórnie. Było w tym coś niewinnego, pewne nuty nieprzejednanej delikatności. Nie było w tym erotyki, pruderyjności, gwałtowności – wszystko zdawało się płynąć, jak w nurcie rzecznym, porywając ich ze sobą chłodną tonią.
Nie spodziewała się, że niebawem się rozbiją w drobny mak.
Jego usta były słodsze, niż mogła odważyć się pomyśleć. Dłonie powędrowały na jego policzki, zagłębiając się w pocałunku krótkim, ale treściwym. Niewiele myśląc, kierując się drogowskazem czystych instynktów, oplotła go nogami w pasie; zupełnie jakby to nie był jej pierwszy pocałunek z chłopcem. W końcu jej kokieteria, prowadzenie złudnej gry spychającej na manowce, niepodobne były do istnienia skrajnie niewinnego.
Serce zaczęło bić o wiele za szybko, gdy zarzucała mu ręce na barki, a gdy nić dotyku ich warg została zerwana – nagle poczuła dojmującą pustkę.
– Podglądać? Ach, ależ ona ma szczęście – zjawa westchnęła skrzekliwym głosem, sunąc ku nim z wolna, aby zawisnąć tuż obok ich zjednoczonych biskością ciał.
Loretta zgubiła wszelki animusz, całokształt wypracowanej latami charyzmy – milczała więc, a jej wargi drżały niepewnie; myśli z kolei, oscylowały wokół niewybrednych emocji, zatapiając ją coraz silniej pośród meandrów naruszonych granic. Granic, których nie było jej żal pogrzebać.