Ale on był głupi. Ale to wszystko było głupie. Mógł nie zaczynać tej rozmowy, mógł ugryźć się w język, to by teraz nie musiał udawać, że jest w stanie wydusić z siebie cokolwiek, że wcale nie zaciska rąk na tym kocu, bo inaczej trzęsą mu się, jakby był na głodzie. Takie zwierzenia były absolutnie wszystkim, czego unikał. Nienawidził być tak obnażony ze swoich słabości, po to zresztą kiedyś uciekł, żeby zacząć wszystko od nowa - jako człowiek bez żadnego bagażu. Ale tego bagażu się chyba nie dało tak po prostu pozbyć, albo on się do tego zupełnie nie nadawał, bo go serce aż piekło kiedy słyszał głos Alexandra. Kilkanaście lat życia jako ktoś zupełnie inny, żeby teraz leżeć na podłodze i płakać za swoim smutnym, marnym dzieciństwem.
Ale myślenie o nim ciepło nie było do końca fair. Sam sobie na to wszystko zapracował, działając w pełni świadomie i ta świadomość złych czynów, jakich się dopuścił w ostatnich latach, dyszała mu teraz nad głową bardzo głośno. Ujął to wszystko w tak delikatne słowa, jakby był tu ofiarą. Mydlił Alexowi uszy jakimiś tekstami o tym, że nie chciał zabijać dobrych ludzi, ale co z tymi złymi, co z tymi, którym zniszczył życia. Alexandra musiało posrać już zupełnie, jeżeli go zapraszał do siebie do łóżka, chyba że robił to po to, żeby skrócić jego męki i przydusić go do materaca poduszką. No bo przecież on na to wszystko nie zasługiwał.
- Ze wszystkim - odpowiedział krótko. Jakby się przyjrzeć, to faktycznie nie ściągnął do spania nawet butów, bo poza butami Alexandra, żadne inne nie stały przy wejściu do wozu. Flynn położył się tak, jakby w każdej chwili miał być gotowy do wstania i wyjścia chuj wie gdzie i na ile.
Poruszył się raz jeszcze. Otworzył oczy, zeszklone od zbierających się w nich łez i zaczął wpatrywać się w to zaproszenie do bliskości, na którą nawet w minimalnym stopniu nie zasługiwał. Gdyby był normalny, to pewnie od razu by odmówił, bo potrafił wyczuć niezręczność sytuacji, nie należał do ludzi ślepych, ale od dawna pierwszy był do składania ludziom niemoralnych propozycji. Chociaż nie dostrzegał już w czymś takim scen z dzieciństwa, kiedy leżeli razem pod kocami i opowiadali sobie głupie historie, a drugi Bell najpewniej traktował to wyłącznie jako opiekuńczy gest, Flynn zwyczajnie nie byłby sobą, gdyby nie chciał z tego skorzystać. Podniósł się do siadu, może nawet by wstał, gdyby go nagle nie zastopowały obawy wybijające się na pierwszy rząd jego rozmyślań.
- Dlaczego ty mi dalej ufasz, Al?
Dość miał już nazywania samego siebie gnidą, więc darował sobie wymienianie wszystkich swoich grzechów od początku, ale...
- Przyszedłem tutaj bez niczego oprócz kłopotów, a ty mnie tak po prostu przyjmujesz z powrotem, wpuszczasz do swojego łóżka. Czemu?
Ale myślenie o nim ciepło nie było do końca fair. Sam sobie na to wszystko zapracował, działając w pełni świadomie i ta świadomość złych czynów, jakich się dopuścił w ostatnich latach, dyszała mu teraz nad głową bardzo głośno. Ujął to wszystko w tak delikatne słowa, jakby był tu ofiarą. Mydlił Alexowi uszy jakimiś tekstami o tym, że nie chciał zabijać dobrych ludzi, ale co z tymi złymi, co z tymi, którym zniszczył życia. Alexandra musiało posrać już zupełnie, jeżeli go zapraszał do siebie do łóżka, chyba że robił to po to, żeby skrócić jego męki i przydusić go do materaca poduszką. No bo przecież on na to wszystko nie zasługiwał.
- Ze wszystkim - odpowiedział krótko. Jakby się przyjrzeć, to faktycznie nie ściągnął do spania nawet butów, bo poza butami Alexandra, żadne inne nie stały przy wejściu do wozu. Flynn położył się tak, jakby w każdej chwili miał być gotowy do wstania i wyjścia chuj wie gdzie i na ile.
Poruszył się raz jeszcze. Otworzył oczy, zeszklone od zbierających się w nich łez i zaczął wpatrywać się w to zaproszenie do bliskości, na którą nawet w minimalnym stopniu nie zasługiwał. Gdyby był normalny, to pewnie od razu by odmówił, bo potrafił wyczuć niezręczność sytuacji, nie należał do ludzi ślepych, ale od dawna pierwszy był do składania ludziom niemoralnych propozycji. Chociaż nie dostrzegał już w czymś takim scen z dzieciństwa, kiedy leżeli razem pod kocami i opowiadali sobie głupie historie, a drugi Bell najpewniej traktował to wyłącznie jako opiekuńczy gest, Flynn zwyczajnie nie byłby sobą, gdyby nie chciał z tego skorzystać. Podniósł się do siadu, może nawet by wstał, gdyby go nagle nie zastopowały obawy wybijające się na pierwszy rząd jego rozmyślań.
- Dlaczego ty mi dalej ufasz, Al?
Dość miał już nazywania samego siebie gnidą, więc darował sobie wymienianie wszystkich swoich grzechów od początku, ale...
- Przyszedłem tutaj bez niczego oprócz kłopotów, a ty mnie tak po prostu przyjmujesz z powrotem, wpuszczasz do swojego łóżka. Czemu?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.