Tyle ludzi, którzy się martwią... Takie chwile potrafiły sporo zweryfikować w życiu człowieka. Rozpędzić chmury strachu, że nie jesteś sam i chyba nawet nie miało się to zmienić w najbliższym czasie. Te warunki i okoliczności daleko odbiegały od "normalnych". Bo w 'normalnych warunkach' by się cieszył, że przyszły tutaj prawie wszystkie osoby, które cenił najbardziej, które były mu najbliższe, najdroższe. Którym chciał poświęcać swój czas i z którymi chciał się spotykać. Te warunki chwilowo były opanowane przez chaos, nie przez normy. Nawet nie mógł powiedzieć, żeby się uspokoił, żeby było lepiej - na pewno lepiej niż w pierwszym momencie, kiedy przeczytał ten wspaniały artykuł, jaki teraz leżał na stoliku. Słuchał ich krótkiej wymiany zdań, dopóki Pandora nie podeszła do niego i nie przytuliła go. Również ją uścisnął - mocno, zamykając na moment oczy i chłonąc jej znajomy, przyjemny zapach. To nie było komfortowe, że pojawiły się tutaj wszystkie, że przyszedł Atreus, że to, z czym sobie nie radził, zostało jeszcze przyprawione obecnością osób, co do których poczuwał się w obowiązku, żeby je ugościć. Dlatego też radość z ich przybycia została przysłonięta, szczególnie, że przybrał defensywną pozycję spodziewając się zaraz komentarzy, szczególnie po przeczytaniu poczty od Pandory, dotyczące tego, jaki to on jest niemądry... Pozycję defensywną? Nie. W zasadzie to nie. Kontrofensywną. Był tak napięty i tak już zmęczony tym wszystkim, co się działo, że był gotów mówić, że tak - tak właśnie powiedział i co z tego? To nie byłaby prawda. Ale te nerwy go zżerały od środka jak larwy martwe mięso.
- Najwyraźniej takie szczęście. - Odetchnął, trzymając ją jeszcze przez moment, nim się odsunął. Zsunął z nosa okulary, które zawsze zakładał do pisania i czytania. - Do New Forest z Londynu jest kawałek. - Stwierdził oczywistość, albo raczej przytaknął Brennie? Spojrzał aż na zegar, żeby zobaczyć, która to godzina. Poranek przeminął tak szybko? Cały ten czas spędzony nad tą korespondencją, gdzieś pomiędzy błaganiem, żeby to był sen, a nerwowym instruowaniu Alexandra, żeby odwołał na dzisiaj i potencjalnie jutro wszystkich gości, jacy mieli się pojawić w hodowli i rezerwacie? Rzeczywiście... minęło już trochę czasu. Blondyn położył palce na nasadzie nosa, rozmasowując ją. Bolała go głowa. Od tego napięcia dostał migreny. Chciałby, żeby cały świat zatrzymał się w miejscu, przestał ruszać i pozwolił mu pomyśleć. Chociaż na chwilę... ale nie zatrzymywał się. Odłożył okulary na półkę, którą miał akurat najbliżej i wyciągnął ręce, żeby złapać małą sówkę, która z zadowoleniem latała z listem w dziobie cicho gruchając, jakby pomylił jej się los z byciem gołębiem. Zabrał list z jej dzioba, spojrzał na adresata i po prostu wrzucił go do kominka. Jeszcze nie rozpalonego, ale zamierzał dzisiaj napalić. Listami. Nie ważne, że było za gorąco. Albo nie dzisiaj. Może jutro. Przytulił do siebie małe stworzonko, jakby mogło być jego tarczą na wszystko. - Tak... przepraszam, nie pomyślałem. - Przesunął dłoń na skroń, starając się zmusić swoją głowę do współpracy. I tak było zadziwiająco spokojnie, chociaż jego świat się całkowicie trząsł. I przede wszystkim był wdzięczny, że nie było żadnych komentarzy w kierunku tego artykułu. Nie potrzebował ich. Naprawdę ich nie potrzebował.
- Tak, tak... przeniosę się z Atreusem. Do Bulstrodów. Ich domu nie znaleźliby nawet, gdyby chcieli. - Spojrzał na swojego brata kuzyna, który właśnie poszedł do kuchni oddzielonej od długiego stołu i salonu tylko wysepką, albo - barkiem. Jak zwał tak zwał. - Mam nadzieję, że jednak pójdziesz. Obiecuję, że tym razem nie będę tyle peplał. - Uśmiechnął się blado w kierunku Atreusa, który obwieścił, że nigdzie nie idzie. Oczywiście chodziło o tu i teraz, ale, och... kiepski żart. - Nie, nic się nie stało... dziękuję... - Na pewno nic się nie stało? Stało się. Dużo się stało. Narzucanie się było tutaj jednak całkiem nieodpowiednim słowem. Owszem, był najeżony, kiedy ich zobaczył, ale kiedy pierwszy moment minął to był wdzięczny. Tylko jednocześnie był za bardzo zmęczony, żeby tę wdzięczność okazać. - Zostać? - Z zaskoczeniem spojrzał na Brennę, puszczając sowę, która wpakowała się między kołnierz jego koszuli a szyję, żeby się wtulić w jego szyję i platynowe włosy. - Nie rozumiem... chciałabyś tu nocować? - Czy Brenna nie miała naprawdę lepszych zajęć? Przecież Ministerstwo miało pełne ręce roboty. A potem zaraz przeniósł wzrok na Victorię. Bardzo dużo niedopowiedzeń było między nimi. Laurent nie bardzo rozumiał niektórych ruchów Brenny, ale nie musiał, tak mu się wydawało.
- Czy Migotek ma pomóc paniczowi Atreusowi? - Zapytał skrzat, spoglądając na mężczyznę jednym okiem, kiedy ten zaczął przygotowywać herbatę. Pytał głównie dlatego, że Laurent czasami sam herbatę czy kawę przygotowywał.