• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 8 9 10 11 12 … 16 Dalej »
[luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre

[luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#11
14.10.2023, 13:04  ✶  

Jeśli skłamię to czy staniesz się moją Prawdą? Reguły istniały dlatego, że stworzono dla nich wyjątki. Światło istniało dlatego, że istniała ciemność, która je opatuli. Było w tym coś wyniszczającego, kiedy chciałeś dać się pochłonąć cieniami tylko po to, żeby chociaż przez kilka chwil błyszczeć najjaśniej. Coś? A może wszystko? Rowle tworzył komplikację. Był komplikacją. Niepoliczalny w przeciwieństwie do policzalności marzeń, o których Laurent wspominał. Moralność miała ponoć walory ozdobne - jesteś złoczyńcą, jeśli zabijesz motyla, ale bohaterem, kiedy zabijesz karalucha. Więc gdzie była prawda? W śmierci nie mogliśmy jej odnaleźć i nie odnajdywała się również w płynących słowach ani czynach. Dla jednego to, co złe, dla drugiego będzie jedynym prawym rozwiązaniem. Zabij złodzieja to ci pogratulują, zabij anioła - będą tobą gardzić. Czy tutaj naprawdę świat nie stawał na głowie definiując nam bezsensowność tego, co prawdziwe a co fałszywe? Komplikacja, och tak. moja własna, niewielka komplikacja o ciemnych włosach i równie ciemnych oczach, które otulały się welonem nikotynowego dymu. Była bardzo daleka droga do tego, żeby blondyn zaczął się zastanawiać, jak naprawdę wielką Komplikacją Esme mógł się stać. Daleki od tego, żeby wartościować jego pojęcie prawdy i kłamstwa, żeby spoglądać na to, czym był jego kodeks i jaką kreską został spisany. Niedbałą? Leniwą? Ostrą? Pisał go, kiedy był spokojny, a może kiedy odczuwał zdenerwowanie, żeby zapisać, co robić a czego nie, by walczyć z tym, co gotowało krew w jego żyłach? Choć gdybym miał wybierać powiedziałbym, że ten kodeks był dokładnie taki sam, jak Ty. Jedną linijkę zapisano słodko, by druga była ostrymi, nerwowymi rysami, w których ledwo mogłeś się odnaleźć i budziło niepokój nawet kiedy przykładałeś już głowę do poduszki, żeby zapomnieć o doświadczeniach dnia. Przypominałeś sobie o nich dopiero, gdy powieki zostały otworzone. Stop klatka dla Twojego życia i dla myśli o tym, czy to, co przeczytałeś, było naprawdę tak przerażające, czy może to tylko twoja głowa zanimowała wybrane fragmenty, odbierając aurę, wibracje, czy inne magiczne spektrum dziwactw i nienamacalnych wartości.

Nie było morderstwa w tych strzałach. Nie miały być celowane w człowieka, choć to człowiek tworzył cel. Nie miało być w nich również fałszu, choć niektóre ze strzał były fałszywe. Albo może tarcze? Nie miało być w tym krzywdy, broń Morrigan, by uroniły chociaż jedną cenną kroplę krwi z tego ciała, które przed nim siedziało. Czy strzelanie było złe, jeśli mogło skrzywdzić? Czy może złe było dopiero morderstwo? Tak jak nie było złym myśleć o kimś, że jest paskudny, ale złym było dopiero powiedzenie, że jest piękny. To był kontrast, bo Laurent nie widział błota. To była piękna polana - tarcze białe, czyste, wyraźne, czarne kręgi, jakimi były wymalowane i ta jedna, czerwona kropka na samym środku, jak ta kropla krwi. Z Esme były wyciągane kawałki, ale przecież nie ograbiał ich jak zwłok. A może jednak? Niewinność tej zabawy miała jedno zadanie - rozruszać umysł i przekonać się, czy dobrze wyczuwasz ten rytm i piosenkę, jaka grała w duszy drugiej istoty. Tutaj drżały ręce. Złej baletnicy przeszkadza nawet rąbek u spódnicy. Nagle zły był wiatr, jednak tarcza za daleko, za krzywo, kiepsko przygotowany łuk, cięciwa pewnie zaraz pęknie, trzeba ją poprawić, palce zaczynały boleć, dlaczego nie było dobrej osłoni na tej "broni"? Nie, nie szukał wymówek. Jeśli gubił rytm to nie szukał bezsensownie bezwartościowych zdań, że głowa go boli, że parkiet nie taki, albo buty go obcierają. Przyznawał wprost, że nie był wystarczająco dobry. Nie było w tym żalu. Skoro prawda była dobra, to uświęconym stawało się przyznanie przede wszystkim przed samym sobą, co robisz źle, co źle wypada, a potem obwieszczenie tego światu. Ten świat ewoluował, a my zmienialiśmy się wraz z nim. Tutaj zmieniał się wraz z każdym wypowiedzianym zdaniem i w zależności od tego, kto je wypowiadał.

- Ach tak? - Więc gdzie leżała ta magiczna granica, Esme Rowle? Gdzie twoja prawda była tylko twoja, a stawała się kłamstwem z drugiej strony? Był ciekaw. Powiedz mi. Mów więcej, choć mówisz tak wiele, to zmieniasz temat, przeskakujesz z jednej strony na drugą - w tym naprawdę trzeba było się pogubić. Nie istniał wzorzec, chociaż Laurent nie przestał zupełnie go szukać. Nie przestał się wsłuchiwać w te dźwięki. I jakiś wzorzec znalazł chociażby w tym, że musiała nastąpić zmiana. Próba utrzymania jednego wątku była niemożliwa. I mógł się do tego dopasować. Uznać, że warto jest puścić, że... tutaj trzeba było puścić i przestać tańczyć wedle znanych ruchów, bo tym sposobem donikąd się nie dotrze. Uśmiech nie zniknął z jego ust, a kąciki warg wręcz drgnęły mu na moment bardziej przy tym opisie prawdy. - W takim razie wypadam na koronera? - Skoro już mówili o sekcji zwłok... nigdy tak o sobie nie myślał. To było zimne, okrutne, bezduszne. A on... och, bogowie, niech stanie się wszystko, ale nie pozwólcie mej duszy upaść. Uparcie podnosił się z każdego potknięcia i uparcie uśmiechał się na nowo z taką samą wiernością w świat i ludzi, nawet jeśli ci przycisnęli go do podłogi. - Prawda jest też ponoć całkiem naga i wypada na tym stole na bardzo ekscytującą, bo ekstrawagancką, kochankę. - Nie uważał, że każdy powinien być bardziej jak prawda - wystarczająco zła tłoczyło ten świat. - Bezczelność. Okrucieństwo. Brak kompromisów. - Powtórzył w zamyśleniu za Esme. - Nie. Żaden człowiek nie powinien się zbliżać do tych cech, bo nie mają niczego wspólnego z prawdą. Są cechami ludzi. A prawda, nawet jeśli bolesna, może być również subtelna, dobra i kompromisowa. - Nie bardzo miał w zwyczaju zawiązywać takich konwersacji z ludźmi. Właściwie prawie w ogóle nie miał tego w zwyczaju. Wolał milczeć niż komuś zaprzeczać, ponieważ bał się konfliktu i jego eskalacji. Dobrze znając siebie, że wtedy nagle odpadał z rozgrywki - wszystko więc brzmiało i działo się lepiej, kiedy zostało przemilczane, nawet jeśli nie nastąpiło brudne i brzydkie kłamstwo. - Różnica między chamstwem a szczerością jest bardzo duża. Mówienie, że jest inaczej, jest smutną ignorancją. - Czy to była pożywka dla Esme? Haczyk? Chwilowo mu się to podobało, nawet jeśli jego znużenie wpływało na to, że nie miał siły się opierać i walczyć, więc się po prostu poddawał i mogło się dziać cokolwiek. Jakkolwiek. Wszystko i nic. Tym nie mniej - prawda należąca do Laurenta mijała się chyba właśnie z tą, którą miał Esme. A może nie? Może nie mijała wcale, po prostu była tym płynnie modulującym się światem?

- Człowiek jest stworzeniem przystosowanym do zmian. Mam też taką nadzieję, że ta siła pojawi się na stałe. - Odparł po prostu, choć... czy na pewno to była "nadzieja". Nie. To chyba nie była nadzieja. On w zasadzie nie wierzył nawet w to, że kiedyś spełni się pragnienie jego serca, że doczeka tego prawdziwego szczęścia, które bardzo fałszywie dla siebie samego tworzył tworząc bajki, które nie mogły wydarzyć się w rzeczywistości. Bywał... szczęśliwy. To jedno słowo nagle miało bardzo dużo stopni w pojmowaniu Laurenta, bo to w końcu nie tak, że jego życie zalane było rozpaczą i smutkiem, było od tego dalekie. Coś mi mówiło, że tego nie trzeba było mówić na głos. To chyba oczywiste, że to "szczęście" ma wiele poziomów. Na tyle wiele, że pomimo tego, że nie tkwił w błocie, jak Esme, to nie mógł powiedzieć, że był szczęśliwy. Jeśli się zatrzymywał to docierał do tego wniosku, do tej... ha. Do tej bezkompromisowej, okrutnej prawdy. - Czy to nie jest bardziej bolesne, kiedy ze szczęścia staczasz się w szarość? - Bo nawet nie otchłań. Esme nie był pusty - zdaniem Laurenta. Albo raczej - nie był tą pustką, w której wszystko by tonęło, w której niknęłoby, wciągane i bez tworzenia różnicy. Mężczyzna był na to zbyt ekspresywny. Nie miał nawet spojrzenia tych ludzi, których czerń całkowicie owinęła wokół swojego paluszka i nie zostało im już nic prócz poddanie się czeluści, która wodziła do złego i żądała złego, by poić ją jak potwora. Potwora, którym był tu człowiek. Klatka miała w końcu wiele oblicz, a najdoskonalszym więzieniem było to, w którym człowiek nie zdaje sobie sprawy, że stał się niewolnikiem. Laurent swoje kajdany czuł bardzo wyraźnie, tak jak widział klatkę, w jaką wszedł. Lub został wsadzony? Zastanawianie się nad niektórymi rzeczami wychodziło bardzo niebezpiecznie. Za łatwo było odkryć, że jesteś o wiele za daleko od tego omawianego szczęścia, za daleko w dole, bez możliwości wydostania się i nagle pytasz samego siebie: po co ja się w ogóle urodziłem..? Dlaczego tu jestem, dlaczego to robię? - Czułbyś odpowiedzialność będąc dla kogoś taką siłą..? - Czy to byłoby dla niego za dużo? Strzelił. To naprawdę wydawało się nierozsądne - ciągnięcie tej rozmowy, kiedy przeciwnik (och, przeciwnik!) był tka dobrze uzbrojony w nieprzewidywalność. Możesz wygrać w najlepszym taktykiem wojennym. Ale jak wygrać z szaleńcem? Jak zaplanować ruchy tam, gdzie nie było żadnej taktyki? Jak się temu opierać?

Ach... no i tu już pojawiała się ta słabość. Słowa tak celne, że trafiły prosto w serce Laurenta, sprawiły, że na jego twarzy wymalowało się zaskoczenie pokazujące, że był gotowy na wiele, ale nie na tak słodkie słowa. Choć nawet nie były mówione w żaden słodki sposób w tym czarze spojrzeń, gestów i intonacji. Niemal poczuł dreszcz na swojej skórze malowany obietnicą tego, że klątwę naprawdę można zdjąć. Pozbyć się jej - ile by trwała? Dokładnie tyle, ile Esme mówił - dopóki by zechciał. To zdanie było samo w sobie jak odpowiedź na to, czy byłby w stanie nieść na swoich barkach coś takiego... albo i nie. To, że ktoś mówił, że może ci zaufać nie oznaczało, że będzie przy tym kładł faka na cokolwiek, co powiesz. Będziesz mówił - ale równie dobrze mógłbyś mówić do dziennika skrytego pod łóżkiem. Nadzieja... Który głupie nie porzucał jej wstępując na Nokturn? Nie wiedział, co powiedzieć, nie wiedział, co odpowiedzieć i nie był pewny, czego chcieć. Gdzie zaufanie i ostrożność walczyły z potrzebą tego, co właśnie zaprezentował mu ten człowiek. Jak soczystą, pięknie podaną pieczeń przed głodnym, który od wielu dni marzył chociaż o suchej kromce chleba czy spleśniałym kawałku sera.

- Jestem... zauroczony. - To było naprawdę bardzo specyficzne - gdy w jednej chwili ktoś ostrzega cię, o czym mówisz, a w drugiej mówi, że może być twoim remedium na fałsz. Twoją prawdą. - Na szczęście właśnie tego szukam. - Chwili odetchnięcia. Nie idealnego leku na jedną chwilę. Taki nie istniał. Jakie to było irracjonalne, że napełniło jego serce ciepłem i spokojem, że to nie było uwikłane niepokojem i wydawało się sobie nie przeczyć - te słowa Esme - chociaż przecież w całym logicznym tłumaczeniu odbiegały na dwa przeciwstawne krańce. Gdyby miał nazwać te różnice i czemu tak nie było miałby problem. To było bardziej... czuł to? Kiedy nie ma muzyki, nie możesz nazwać jej dźwięków, skali, określić dynamiki. Pozostawało ci więc wszystko odbierać na czujność. Na instynkt.

Spoglądał na Esme tak, jakby palcami już rozsuwał ten poprawiony przez niego wcześniej kołnierzyk i składał pocałunek na jego ustach, żeby spić słowa, które właśnie przed momentem wypowiedział.

- Dziękuję za troskę, na szczęście to nie jest żadna konkretna choroba. Co najwyżej skutki stresu i napięć. Nie miałem szczęścia urodzić się z dobrą kondycją. To cały sekret - tylko i aż. - nie stała za tym dramatyczna opowieść o strasznej chorobie, która go dręczyła, a z którymi często borykali się czarodzieje w tym świecie. Nie. Był po prostu... słaby zdrowotnie. Ale to znów było niezwykle miłe i sprawiało, że człowiek mógł promienieć, prawda? Każdy taki objaw dobroci, sympatii, był jak dołożony kawałek drewna do gasnącego ogniska. Nagle ogień zaczynał znów płonąć i ogrzewać. Bo Laurent czuł, że jest ogrzewany, że doświadczał ludzkiej dobroci, chociaż przecież nikt nie musiał jej okazywać. Był wdzięczny. Naprawdę bardzo wdzięczny, nawet jeśli Esme nic tak naprawdę nie zrobił.

- Gdyby ten papieros był tymi zwłokami, które ująłbym w palce nie wyglądałby tak. - Odezwał się bardzo spokojnie, ze zmienioną nutą w głowie, jakby to zacięcie Esme, jakby jego spojrzenie było jakąś nutą naturalnie podającą dalej tę zmianę. Laurent sięgnął wolnym ruchem po różdżkę z ciemniejszego drewna, ale o ciepłym kolorze, subtelnie zdobioną, by dotknąć jej krańcem papierosa. - Tylko tak. - Papieros wcale się nie zwinął, pozostał rozebrany i nagi ze swoją zawartością, ale ta nijaka, wysuszona zawartość odżyła, nabrała kolorów, stając się ogrodem, tworząc liście, kłosy traw, stokrotki, kaczeńce, chabry i pąki róż wzrastające tak, że jedna z nich urosła wręcz jak latarenka, a jej kwiat zamienił się w małe słoneczko nad tym wszystkim. Laurent obserwował ten piękny proces powolnej zmiany, bo i on tę powolną zmianę dyktował w magii transmutacji. - Ale ludzie tego zazwyczaj nie czynią, Esme. Nie obchodzi ich, co stanie się z ogrodem, do którego wejdą. Czy będziesz oddychać i żyć, kiedy już cię zostawią. Obchodzi ich tylko zerwanie kwiatów, zawłaszczenie ich dla siebie, zadeptanie tego, co im niepotrzebne. - Puknął krańcem różdżki w stół i ją odłożył. I takim sposobem papieros był znów papierosem. - I pozostaje to. - Brzydki, zniszczony papieros. Możesz go zwinąć i zapalić. Ale jest brzydki, tego zmienić się nie dało. - Nie ma niczego złego w zerwaniu paru kwiatów do wazonu - po to są, by można było je zabrać ze sobą i nacieszyć nimi oczy dłużej. Ich zapachem. Delikatnością. Na zewnątrz i tak straciłyby niedługo swój urok. Niestety. - Niestety ludzi nie zadowalało kilka kwiatków i ciągle było im za mało. Wykorzystywali. I w końcu - niszczyli.


Love hunt me down.
I can't stand to be so dead behind the eyes.
And feed me, spark me up.
A creature in my blood stream chews me up.

So I can feel something.


○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (13428), Laurent Prewett (13150)




Wiadomości w tym wątku
[luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 26.09.2023, 17:21
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 27.09.2023, 04:03
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 27.09.2023, 08:59
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 30.09.2023, 18:20
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 30.09.2023, 20:22
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 01.10.2023, 02:57
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 01.10.2023, 10:27
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 08.10.2023, 18:15
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 08.10.2023, 19:13
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 14.10.2023, 11:41
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 14.10.2023, 13:04
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 05.11.2023, 03:35
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 05.11.2023, 17:34
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 16.11.2023, 03:00
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 16.11.2023, 22:16

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa