14.10.2023, 14:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.10.2023, 16:39 przez Brenna Longbottom.)
– Ja nie wiem. Ale nawet jeżeli sam to powiedział, to trudno byłoby mi się na to o niego złościć – przyznała jeszcze Brenna, nim weszły do domu. Nie miała pojęcia, ile byłby skłonny powiedzieć Prewett, a ile pismak wymyślił, ale też tak naprawdę: nie miało to większego znaczenia. A jeżeli szło o to, że Victoria nie uważała tego za paranoję, a Brenna trochę tak… cóż, od rodziny stale słyszała, że przesadza w takich sprawach i na pewno się myli. – Ten sam Departament, różne Biura.
Atreusowi nawet nie odpowiedziała – bo raz, nie potrzebowała kanapy z tej prostej przyczyny, że mogła się przemienić, a jako wilk nie miała nic przeciwko podłodze, dwa, jeśli Laurent się stąd zabierał, nie było i potrzeby do takich środków. Tyle że Brenna wciąż trwała uparcie przy myśli o tym, że przecież nie tylko Prewett był w niebezpieczeństwie.
- Chcę tu przecież zostać jakiś czas po pracy, nie jako Brygadzistka, a zaniepokojona koleżanka. Jeśli uważasz, że warto się z tym zgłosić i Moody przyzna ochronę... lepiej znasz Biuro Aurorów. W Brygadzie pewnie usłyszałabym nie tyle, że to nie nasza działka, a że nie ma dość ludzi - powiedziała Brenna po prostu.
Sama nie sądziła, że ochrona aurorska zostanie przyznana tylko dlatego, że ktoś udzielił wywiadu do Proroka Codziennego, a jeżeli nawet, to że zrobią to natychmiast. Mogła się mylić, ale też wiedziała, że wtedy stracą szansę na faktyczne dorwanie kogoś - informacja natychmiast przejdzie na drugą stronę, i tamci po prostu poczekają parę dni albo uderzą gdzieś indziej.
Ministerstwo Magii było nieskuteczne, bo zostało zinfiltrowane. W konsekwencji mogli tylko reagować, a tu mieli szansę zrobić coś więcej. Dla Brenny liczył się efekt, dorwanie śmierciożerców, ograniczenie liczby ofiar, a łatkę zdrajczyni krwi nosiła od dawna. Po Beltane była tylko jeszcze mocniej zdeterminowana, aby podkładać im nogę, gdzie się to da. Dla Victorii to mogła być praca, która zapewniała pozycję i pewną autonomię od rodziny - dla Brenny liczyło się wyłącznie powstrzymanie kolejnych tego typu katastrof. Tak samo byłoby, nawet gdyby Zakon nie istniał.
Tyle że nie zamierzała też wypunktowywać tego tutaj ani się sprzeczać. Wiedziała, że wykłócanie się nie było dobrym pomysłem. Nie mogła powstrzymać Victorii, jeżeli ta chciała skontaktować się z Harper i nawet nie chciała próbować. Przyznają ochronę? Szansa umknie, ale New Forest będzie bezpieczne. Nie przyznają? Mogła próbować na upartego na własną rękę.
- Tak - przyznała wprost Laurentowi. Akurat z wyjaśnieniem tego ruchu nie miała żadnych problemów, skoro go nie rozumiał. - Jestem po służbie, nie mam planów, a nie chciałabym, żeby Alexander i Vinnie zostali w New Forest sami. Jeśli odpowiedź brzmi nie, w porządku. I… Laurent, chciałam tylko powiedzieć, że nawet jeżeli to przekręcili, to nie uważam, że powiedziałeś w tym wywiadzie cokolwiek złego
Wtedy mogła iść po prostu do lasu. Albo pogadać z drugim Prewettem.
Jakby nie było… Laurent miał tutaj dwóch innych ludzi, feniksa i całe połacie lasu do potencjalnego podpalenia. A Brenna po prostu nie umiała się tym n i e p r z e j m o w a ć. Już taką miała naturę.
Za to na kolejne zachowanie Pandory… Brenna trochę ogłupiała i podniosła w końcu nieco nieśmiało rękę, jakby zgłaszała się do odpowiedzi w szkole. Prewettówna bywała odrobinę przytłaczająca nawet dla niej.
– Panda? Lauri chyba właśnie powiedział, że pójdzie dziś na noc do Bulstrodów? Czy ja źle zrozumiałam? – przypomniała. Tak było najlepiej, bo wtedy nie byłby narażony na niebezpieczeństwo, a i pewnie czułby się lepiej mogąc zostać w towarzystwie jednego i dwóch krewnych, a nie całej ich bandy... – A ja nie muszę być sama. Mogę ściągnąć tutaj mojego brata albo Lucy, jeżeli wyjaśnię, o co chodzi, pewnie się zgodzą. I tak jakby…
Tu wskazała palcem na swoją własną głowę.
– Animag. Nie muszę trzymać straży jako człowiek.
Była zarejestrowana, Laurent wiedział, Victoria też, podobnie jak Pandora, bo widziała ją po przemianie. Atreus… w sumie to jeśli nie czytał rejestru, niekoniecznie, bo w Biurze nie była to żadna tajemnica, ale przecież nikt nie opowiadał codziennie, że Brenna była wilczycą. Było coś niemal ironicznego w tym, jak bardzo całe lata nie mieli ze sobą kontaktu, kiedy jednocześnie przyjaźniła się z jego kuzynką, miała niezłą relację z bratem, w szkole uwielbiała kuzyna, zadręczała drugą kuzynkę, a wuja znała, odkąd pobili się jakieś czternaście lat temu na szkolnym korytarzu. Ale Brenna po prostu wbrew pozorom rzadko narzucała swoje towarzystwo komuś, kto sobie tego nie życzył, a on był trochę z innej bajki niż ona.
Atreusowi nawet nie odpowiedziała – bo raz, nie potrzebowała kanapy z tej prostej przyczyny, że mogła się przemienić, a jako wilk nie miała nic przeciwko podłodze, dwa, jeśli Laurent się stąd zabierał, nie było i potrzeby do takich środków. Tyle że Brenna wciąż trwała uparcie przy myśli o tym, że przecież nie tylko Prewett był w niebezpieczeństwie.
- Chcę tu przecież zostać jakiś czas po pracy, nie jako Brygadzistka, a zaniepokojona koleżanka. Jeśli uważasz, że warto się z tym zgłosić i Moody przyzna ochronę... lepiej znasz Biuro Aurorów. W Brygadzie pewnie usłyszałabym nie tyle, że to nie nasza działka, a że nie ma dość ludzi - powiedziała Brenna po prostu.
Sama nie sądziła, że ochrona aurorska zostanie przyznana tylko dlatego, że ktoś udzielił wywiadu do Proroka Codziennego, a jeżeli nawet, to że zrobią to natychmiast. Mogła się mylić, ale też wiedziała, że wtedy stracą szansę na faktyczne dorwanie kogoś - informacja natychmiast przejdzie na drugą stronę, i tamci po prostu poczekają parę dni albo uderzą gdzieś indziej.
Ministerstwo Magii było nieskuteczne, bo zostało zinfiltrowane. W konsekwencji mogli tylko reagować, a tu mieli szansę zrobić coś więcej. Dla Brenny liczył się efekt, dorwanie śmierciożerców, ograniczenie liczby ofiar, a łatkę zdrajczyni krwi nosiła od dawna. Po Beltane była tylko jeszcze mocniej zdeterminowana, aby podkładać im nogę, gdzie się to da. Dla Victorii to mogła być praca, która zapewniała pozycję i pewną autonomię od rodziny - dla Brenny liczyło się wyłącznie powstrzymanie kolejnych tego typu katastrof. Tak samo byłoby, nawet gdyby Zakon nie istniał.
Tyle że nie zamierzała też wypunktowywać tego tutaj ani się sprzeczać. Wiedziała, że wykłócanie się nie było dobrym pomysłem. Nie mogła powstrzymać Victorii, jeżeli ta chciała skontaktować się z Harper i nawet nie chciała próbować. Przyznają ochronę? Szansa umknie, ale New Forest będzie bezpieczne. Nie przyznają? Mogła próbować na upartego na własną rękę.
- Tak - przyznała wprost Laurentowi. Akurat z wyjaśnieniem tego ruchu nie miała żadnych problemów, skoro go nie rozumiał. - Jestem po służbie, nie mam planów, a nie chciałabym, żeby Alexander i Vinnie zostali w New Forest sami. Jeśli odpowiedź brzmi nie, w porządku. I… Laurent, chciałam tylko powiedzieć, że nawet jeżeli to przekręcili, to nie uważam, że powiedziałeś w tym wywiadzie cokolwiek złego
Wtedy mogła iść po prostu do lasu. Albo pogadać z drugim Prewettem.
Jakby nie było… Laurent miał tutaj dwóch innych ludzi, feniksa i całe połacie lasu do potencjalnego podpalenia. A Brenna po prostu nie umiała się tym n i e p r z e j m o w a ć. Już taką miała naturę.
Za to na kolejne zachowanie Pandory… Brenna trochę ogłupiała i podniosła w końcu nieco nieśmiało rękę, jakby zgłaszała się do odpowiedzi w szkole. Prewettówna bywała odrobinę przytłaczająca nawet dla niej.
– Panda? Lauri chyba właśnie powiedział, że pójdzie dziś na noc do Bulstrodów? Czy ja źle zrozumiałam? – przypomniała. Tak było najlepiej, bo wtedy nie byłby narażony na niebezpieczeństwo, a i pewnie czułby się lepiej mogąc zostać w towarzystwie jednego i dwóch krewnych, a nie całej ich bandy... – A ja nie muszę być sama. Mogę ściągnąć tutaj mojego brata albo Lucy, jeżeli wyjaśnię, o co chodzi, pewnie się zgodzą. I tak jakby…
Tu wskazała palcem na swoją własną głowę.
– Animag. Nie muszę trzymać straży jako człowiek.
Była zarejestrowana, Laurent wiedział, Victoria też, podobnie jak Pandora, bo widziała ją po przemianie. Atreus… w sumie to jeśli nie czytał rejestru, niekoniecznie, bo w Biurze nie była to żadna tajemnica, ale przecież nikt nie opowiadał codziennie, że Brenna była wilczycą. Było coś niemal ironicznego w tym, jak bardzo całe lata nie mieli ze sobą kontaktu, kiedy jednocześnie przyjaźniła się z jego kuzynką, miała niezłą relację z bratem, w szkole uwielbiała kuzyna, zadręczała drugą kuzynkę, a wuja znała, odkąd pobili się jakieś czternaście lat temu na szkolnym korytarzu. Ale Brenna po prostu wbrew pozorom rzadko narzucała swoje towarzystwo komuś, kto sobie tego nie życzył, a on był trochę z innej bajki niż ona.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.