14.10.2023, 15:31 ✶
Kamienicę w niemagicznej części Londynu, w której odbywały się spotkania Spectrum, Cassandra Fawley otrzymała w spadku po swej babce. Był to jeden z pamietających czasy królowej Wiktorii przyciśniętych do siebie budynków z ciemnej cegły, z dużymi oknami, wysokimi sufitami, oraz ścianami zdobionymi sztukaterią. Zewnętrzną elewację porastał natomiast gęsto bluszcz, co było widokiem niewątpliwie urokliwym – przynajmniej dla niektórych; kamienica była bowiem ukryta przed wzrokiem mugoli, którzy widzieli w jej miejscu niszczejący zakład krawiecki.
Przez większość miesiąca miejsce to służyło za drugie mieszkanie Cassandry, jej pracownię oraz gabinet, w których mogła skupić się na swych badaniach. Jednak raz na cztery tygodnie – była to ruchoma data uzależniona od cyklów księżyca; wierzyła bowiem, że jej niezwykłe zdolności do kontaktów z duchami mają największą moc pomiędzy pierwszą kwadrą, a pełnią – w kamienicy roiło się od czarownic i czarodziejów przybywających z terenów całej Wielkiej Brytanii na spotkania klubu Spectrum.
A były to spotkania niezwykłe; wbrew obiegowej opinii nie opierały się bowiem na siedzieniu przy okrągłym stole nad tablicą ouija (choć dla takich atrakcji również znajdowało się miejsce), lecz rozpoczynała je kolacja, w czasie której prowadzono dyskusje na tematy niekoniecznie akceptowalne przez czarodziejskie prawo, choć prowadzone w sposób tak niejasny i dwuznaczny, że z łatwością można wyjść z nich obronną ręką, gdyby któryś z członków okazał się pozbawiony honoru. Później członkowie rozchodzili się po kamienicy, biorąc udział w interesujących ich aktywnościach – oddawali się medytacji w dusznych od dymu kadzideł pokojach, wpatrywali się z wahadełko wróżki, albo rozmawiali ściszonymi głosami pomiędzy regałami mieszczącej się na parterze biblioteczki. W samym centrum tych wydarzeń była madame Fawley i jej zmarli. A konkretniej, zmarli członków klubu, z którymi ci pragnęli nawiązać kontakt.
Uwielbiała te spotkania, były wszak nieodzowną częścią jej życia, jednak nie mogła zaprzeczyć, że były one także męczące dla medium. Dlatego kiedy też ostatni goście zniknęli w seledynowej poświacie proszku Fiuu, a skrzaty zajęły się sprzątaniem po kolacji, odetchnęła z ulgą, zdjęła niewygodne buty na obcasie i boso udała się do swojego gabinetu. A przynajmniej taki miała zamiar, bowiem w sali jadalnej ktoś na nią czekał.
— Monsieur Lestrange — uśmiechnęła się do młodzieńca, starając się ukryć zaskoczenie — Ależ oczywiście. Proszę za mną.
Zaprowadziła go skrzypiących schodach na piętro, gdzie mieścił się jej gabinet. Było to przytulne, choć nieco zagracone pomieszczenie obłożone silnymi zaklęciami zabezpieczającymi. W jego centrum znajdowało się mahoniowe biurko, lecz Cassandra wskazała Louvainowi kanapę pod ścianą. Sama też zajęła miejsce obok niego.
— Jak mogę panu pomóc? — zapytała.
Przez większość miesiąca miejsce to służyło za drugie mieszkanie Cassandry, jej pracownię oraz gabinet, w których mogła skupić się na swych badaniach. Jednak raz na cztery tygodnie – była to ruchoma data uzależniona od cyklów księżyca; wierzyła bowiem, że jej niezwykłe zdolności do kontaktów z duchami mają największą moc pomiędzy pierwszą kwadrą, a pełnią – w kamienicy roiło się od czarownic i czarodziejów przybywających z terenów całej Wielkiej Brytanii na spotkania klubu Spectrum.
A były to spotkania niezwykłe; wbrew obiegowej opinii nie opierały się bowiem na siedzieniu przy okrągłym stole nad tablicą ouija (choć dla takich atrakcji również znajdowało się miejsce), lecz rozpoczynała je kolacja, w czasie której prowadzono dyskusje na tematy niekoniecznie akceptowalne przez czarodziejskie prawo, choć prowadzone w sposób tak niejasny i dwuznaczny, że z łatwością można wyjść z nich obronną ręką, gdyby któryś z członków okazał się pozbawiony honoru. Później członkowie rozchodzili się po kamienicy, biorąc udział w interesujących ich aktywnościach – oddawali się medytacji w dusznych od dymu kadzideł pokojach, wpatrywali się z wahadełko wróżki, albo rozmawiali ściszonymi głosami pomiędzy regałami mieszczącej się na parterze biblioteczki. W samym centrum tych wydarzeń była madame Fawley i jej zmarli. A konkretniej, zmarli członków klubu, z którymi ci pragnęli nawiązać kontakt.
Uwielbiała te spotkania, były wszak nieodzowną częścią jej życia, jednak nie mogła zaprzeczyć, że były one także męczące dla medium. Dlatego kiedy też ostatni goście zniknęli w seledynowej poświacie proszku Fiuu, a skrzaty zajęły się sprzątaniem po kolacji, odetchnęła z ulgą, zdjęła niewygodne buty na obcasie i boso udała się do swojego gabinetu. A przynajmniej taki miała zamiar, bowiem w sali jadalnej ktoś na nią czekał.
— Monsieur Lestrange — uśmiechnęła się do młodzieńca, starając się ukryć zaskoczenie — Ależ oczywiście. Proszę za mną.
Zaprowadziła go skrzypiących schodach na piętro, gdzie mieścił się jej gabinet. Było to przytulne, choć nieco zagracone pomieszczenie obłożone silnymi zaklęciami zabezpieczającymi. W jego centrum znajdowało się mahoniowe biurko, lecz Cassandra wskazała Louvainowi kanapę pod ścianą. Sama też zajęła miejsce obok niego.
— Jak mogę panu pomóc? — zapytała.