Piekielna mieszanka jej wybuchowego charakteru, puentowanego jeszcze silniej przez towarzystwo wycofanego, okrywanego całunem spokoju Bellamy’ego, była niepodważalna. Uśmiech tańczący na jej wargach, pijacka rozpusta, znacząca pąsem blade, oplecione siateczką piegów policzki – wszystko składało się w niewymierną, wyzbytą z banału prezencję Loretty – alkohol szumiał w uszach i płynął wartko żyłami, otumaniając i znacząc się tym charakterystycznym animuszem i kurażem, który towarzyszył osobom upojonym. A sam fakt, iż Bellamy był idealną przeciwwagą do jej pijackich wybryków – nie spodziewała się w gruncie rzeczy wraz z początkiem wybrzmienia propozycji, iż ten na nią przystanie. Obserwowała kątem oka, jak jego skóra przybiera także ślady czerwieni – najwyraźniej nie była jedynym upojonym pierwiastkiem w ich dwójce.
Nieliczni znali w niej tego szatana, który krył się w głębi czerniejącego serca i chociaż jej prezencja była miła dla oka, a filuterne uśmiechy świadczyły jedynie o tych przeklętych walorach; te z kolei, uwydatniały się pod powłoką blichtru sukni, która miękko oplatała ją w talii i nieprzyzwoicie wysokich obcasach, które mikremu wzrostowi, niewiele wybijającego się ponad półtora metra, dodawały sowitej postawy. Nie było to ubranie sprzyjające wycieczce do lasu – otulona jednak ciepłem i suchotą ziemia, nie posiadała nawet śladów błota.
– Doprawdy? – rzekła, pociągając solidny łyk z butelki szampana, którego zgarnęła gdzieś przy wyjściu z bankietu. – Za-baw-ne – dodała sylabami, a alkohol wyraźnie szumiał w uszach, czyniąc z niej jeszcze absurdalniej urokliwą. – Myślisz, że ja chciałam być przykładną panną na salonach? – zabrzmiała pytaniem, które prędko spuentowała gwałtownym paroksyzmem śmiechu. – Masz rację. Chciałam – odparła samej sobie.
Polana, na którą dotarła bezwiednie – nie zapuszczała się wszak w leśne tereny – pojawiła się tak, jakby odpowiedziała samoistnie na poszukiwania. Liście szumiały pod dłonią wiatru, niebo jednak było nieskalane, o wydatnych gwiazdach goszczących na jego kanwie.
Westchnąwszy subtelnie, chwyciła po kolejny łyk szampana.
– Robiłeś kiedyś aniołki na śniegu? – zabrzmiała pytaniem, aby po chwili klasnąć w dłonie. – Nie ma śniegu, ale dlaczego nie robi się aniołków na trawie? O boże, przecież to jest genialne. Chodź – rzekła, podrywając się z kamienia. – No chodź – dodała po sekundzie, ciągnąc go za dłoń ku miękkiej łące.
Alkohol uderzył do głowy solidnie – przestała mieć opory przed czymkolwiek, a skoro niczyj wzrok nie zatrzymywał się na niej – poza Duponta, rzecz jasna! – pociągnęła ostatni łyk szampana nim padła na trawę.