Rodzinne spotkanie, co? Wesoła pogawędka, która ma na celu tylko poploteczkowanie. Nie mogło to się tak skończyć, prawie żadne ich spotkanie się tak nie kończyło, chociaż sporo ich zaczynało. Zatajanie informacji... aaach. Miał prawo się denerwować, prawda? Miał rację. Laurent by go przepraszał, gdyby słyszał od niego takie oskarżenie, ale ta część na razie pozostawała w ciemnej, burzowej głowie Edwarda Prewetta. W jego oczach widać było tylko pobłysk tych piorunów, które już były coraz bliżej. Słychać było ich wyraźny pomruk, który niósł się echem po zamkowych salach. Straszny. Zeus - czy nie padło to imię już między nimi? Król tego miejsca, król swojego własnego świata, dla którego słowo "nie" istniało tylko wtedy, kiedy sprzeciwiałeś się osobom próbującym wyrządzić krzywdę jego rodzinie albo interesom. Ewentualnie kiedy wypowiadałeś je na zawołanie bądź dlatego, że tego oczekiwał. Nie było tu miejsca na "nie". Brakowało przestrzeni na komfort, kiedy Edward zaczynał zajmować całą przestrzeń. Burza przynosiła zapach ozonu i lekkość. Lecz zanim to nastało niosła ze sobą parny zastój, który zapierał dech w piersiach.
- Pierwszym, lepszym... - Powtórzył za nim cicho, automatycznie, patrząc na niego. Proszę, tato... proszę... Zobacz mnie. Czemu to zawsze musiała być Pandora? Czemu ją tak kochała Aydaya? Co miała w sobie takiego, czego jemu brakowało? Czy to chodziło o ten charakter? Dlatego, że nigdy nie był wystarczająco odważny, wystarczająco przebojowy? Ale jak miała go kochać kobieta, która musiała patrzeć na owoc jednego z wielu związków swojego męża. I to taki, który został przygarnięty pod jej spódnicę. - Jako możesz przyrównywać Pandorę do takich zachowań, ona nigdy wcześniej nawet nie spojrzała na żadnego mężczyznę. - Chciał jej bronić. Uratować cokolwiek z tego, co tutaj się podziało, jak się kisiło, jak grzmiało i cisnęło. Rozciągało ojcowski gniew nad jego własną pieczarą. - Jaka rozwiązłość! Jak możesz to w ogóle sugerować? Mierzysz Pandorę swoją miarą? Chyba nie powinieneś. Ma... - więcej godności. Ale tego nie powiedział. Zatrzymał się w ostatnim momencie, chociaż miał problemy z zatrzymywaniem się w takich chwilach. Przełknął ciężko chwilę, łapiąc kciuk w palce drugiej dłoni, by zacisnąć na nim mocno palce. - Pandora powinna sobie kogoś znaleźć, dlaczego chcesz stanąć na drodze do jej szczęścia? - Nie rozumiał tego. Przecież Edward chciał zawsze dla Pandory jak najlepiej. I czemu nagle odwoływał się do jego empatii? Owszem, był bardzo empatyczny, ale nie potrafił się teraz postawić na miejscu, o którym mówił Edward, bo taka sytuacja nie miała miejsca. Widział za to nieuzasadniony gniew, który bardzo chciałby ugasić. Nieposkładane myśli, które wybuchnęły.
- D-dobrze, ojcze... - Zadrżał, zaciskając już całe dłonie o siebie. Wystraszył się. Bał się tego spojrzenia. Dlatego zapadła chwila ciszy po wystosowaniu kolejnego żądania. Powiedz to. Jeśli cokolwiek miało się tutaj podziać to mogło już od samej Pandory. Nie zamierzał pogarszać tej sytuacji. To było jej życie, cokolwiek by się nie działo. Powiedz to. Nie, nie, nienienie... - Nie. - Odpowiedział. Albo wydusił z siebie. A może to bezwiednie wyszło z jego ust? Udało się. To słowo przeszło przez jego gardło. - Niczego ci nie powiem, ojcze.