No i stało się. Nigdy nie miał chwili spokoju, bo zawsze jakieś bachory musiały gnębić innych. Nie Vincent nie należał do osób, które chętnie udzielały się w aktywności społeczne. Nawet nie lubił ludzi, ale nie znosił też kiedy niewinne istoty były dręczone przez innych. Miał swoje za uszami, jego rodzina również nie była święta, ale czemu te paskudy musiały też dręczyć siebie nawzajem? Szedł właśnie korytarzem, gdy dostrzegł dwóch czwartoklasistów gnębiących małą dziewczynkę, która się poryczała od tego i nie wiedziała co miała zrobić. Przewrócił oczami i stanął nad nimi zdecydowanie górując wzrostem. Przewyższał już nawet większość nauczycieli, a rósł jak na drożdżach. Szybko przepędził tych starszych chłopaków patrząc na nich wzrokiem, który mógłby zabić. Chwilę później dopadł do nich jakiś młodszy chłopiec, który dziękował mu za uratowanie siostry. O nie! Pomyślał nie chcąc, aby te małe bachorki zaczęły roznosić plotki na temat tego, że jest szkolnym bohaterem. Nawciskał im jakiegoś kitu, zastraszył, że jak komuś o tym cokolwiek powiedzą to będą zbierać swoje zęby z podłogi i czekać drugi raz na wróżkę zębuszkę. Jak chciał to wyglądał okropnie i strasznie, ale zaraz potem poczuł atak na plecy i padł na ziemię zaskoczony.
Nie miał skrupułów w biciu dziewczyn. Póki wykazywały się chęcią do potyczek nawet siłowych nie odpuszczał, więc z wielką przyjemnością zlał dupę temu małemu chochlikowi. W ogóle nie rozumiał czemu został zaatakowany, nie rozumiał o co dziewczynie chodziło, ale nie było czasu na zadawanie pytań. Mógł z szacunkiem przyznać, że była dobra w tym co robiła, więc nie szczędził na niej swoich sił. Czuł też się podle, że tłukł się z babą, ale naprawdę była równym przeciwnikiem, co mu imponowało. Gryfoni byli jednak naprawdę dziwnymi istotami, impulsywnymi bez krzty pomysłu na to, aby zapytać w ogóle co się dzieje. Atakowali, aby czuć się bohaterami świata. Było to trochę żałosne, ale jej atak wchodził mu na ambicję, więc próbował ją gdzieś tam przyblokować, uderzyć pod żebra, aby straciła rezon, ale nie było to łatwe, bo maluch miał naprawdę sporo wiedzy na temat tego jak blokować ciosy przeciwników. Nos mu pulsował w bólu, ale nie takie rzeczy się działy w jego życiu, żeby zacząć teraz płakać nad rozwaloną facjatą.
Vincent również zamarł leżąc nad Brenną. Spojrzał w kierunku, z którego dobiegł go głos paskudnika jakim był Irytek i zszedł z dziewczyny podnosząc się szybko na nogi. Szybka analiza i stwierdził, że biegnie za dziewczyną. Jedyna droga ucieczki, a sam nie miał zamiaru wpaść w kłopoty. Miał ich wystarczająco na karku. Vincent na swoich długich nogach biegł wystarczająco szybko, aby dogonić Gryfonkę, a że już nie raz chował się przed nauczycielami znał dobrą kryjówkę. W ostatniej chwili złapał dziewczynę za szatę i cofnął ją, aby nie wbiegła w jeden z korytarzy, który kończył się zaułkiem.
– Tędy! – wydyszał i zaciągnął ją w kierunku drzwi, które były ukryte za kotarą. Wpadł do środka i zaryglował za nimi drzwi zaklęciem o ile dziewczyna w ogóle zechciała go posłuchać.