14.10.2023, 21:16 ✶
Brenna wcale nie miała zamiaru zwiewać w zaułek. Zasadniczo, to planowała ukryć się w swoim absolutnie ulubionym miejscu w Hogwarcie czyli w Pokoju Życzeń. Pociągnięta nagle za szatę jednak została dość gwałtownie cofnięta w tył – i niewiele miała do gadania w tej sprawie, bo Prewett był po prostu dużo silniejszy, a ona w pierwszej chwili straciła równowagę i w ten oto sposób zdołał pociągnąć ją za sobą.
Z początku sądziła, że miał koniecznie zamiar ją jednak pobić, czego innego się spodziewać po draniu, dręczącym jakąś małą blondyneczkę. Powinna prawdopodobnie się tego obawiać – jej warga krwawiła, żebra bolały jak jasny szlag, a na nadgarstku na pewno zaraz zaczną wychodzić paskudne siniaki – ale zdecydowanie bardziej obawiała się wpadnięcia w ręce nauczycielki numerologii. Zamiast się szarpać, gwałtownym ruchem uwolniła jeden z rękawów z wierzchniej, ciemnej hogwarckiej szaty, zamierzając po prostu ją tu zostawić i zwiewać dalej… kiedy dotarło do niej, że chyba usiłował zaciągnąć ją do jakiejś kryjówki.
Zdaje się, że niechcący zostali wspólnikami w zbrodni. Jednakowo winnymi bójki.
Śmiech Irytka niósł się korytarzem, podobnie jak kroki dwóch osób.
Nie było szans, aby Brenna zdążyła dotrzeć do upatrzonej wcześniej kryjówki.
Wpadła do pomieszczenia zaraz za nim. To mógł być oczywiście jakiś wredny, ślizgoński podstęp (zasadniczo było najmniej paru Ślizgonów, których Brenna bardzo lubiła, ale doskonale wiedziała też, że w podstępach to ani akurat celują), ale na pewno nie byłby gorszy niż pomaganie psorce w odszyfrowywaniu jakichś tabel numerologicznych (dzień, gdy wybrała numerologię, był bez wątpienia tym, w którym Brenna popełniła najgorszy błąd w swoim życiu). Kiedy Vincent zaryglował drzwi zaklęciem, Brenna też wyciągnęła różdżkę i wycelowała w nie, szepcąc pod nosem silenco – magia niewerbalna nie była w planie nauki na trzecim roku. Kroki na zewnątrz umilkły, ale teraz też tamci nie mogli przez dwie czy trzy minuty usłyszeć ich, a to powinno wystarczyć.
A potem, wciąż obserwując Vincenta, wycofała się i przysiadła na najbliższym stoliku. Lewą ręką roztarła obolały bok, a palce prawej wciąż zaciskała na różdżce, spoglądając na Ślizgona podejrzliwie. W końcu nie miała pojęcia, czy zaraz nie postanowi rzucić na nią jakiejś paskudnej klątwy.
– Czym cię karmili? Eliksirem wzrostu do każdego posiłku? Jedzeniem ukradzionym olbrzymom, czy co? – wypaliła, mierząc go spojrzeniem od stóp do głów, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że chyba rzuciła się do bójki z najwyższym chłopcem w Hogwarcie. I tak, sama była najwyższą dziewczynką na roku, a i na czwartym i piątym znalazłaby się pewnie tylko jedna wyższa od niej, odkąd w ciągu ostatnich kilku miesięcy wystrzeliła w górę – konkretnie Mavelle, jej własna kuzynka – ale gdzie jej tam było do niego?
Widok jego pokrwawionego nosa powinien wywołać wyrzuty sumienia. Ale nie wywołał, bo bolała ją ręka. A poza tym – zważywszy na to, jak bardzo był wysoki, poczuła się wręcz z siebie dumna. Chociaż prawdopodobnie raczej powinna zrobić rachunek sumienia z własnej głupoty.
Z początku sądziła, że miał koniecznie zamiar ją jednak pobić, czego innego się spodziewać po draniu, dręczącym jakąś małą blondyneczkę. Powinna prawdopodobnie się tego obawiać – jej warga krwawiła, żebra bolały jak jasny szlag, a na nadgarstku na pewno zaraz zaczną wychodzić paskudne siniaki – ale zdecydowanie bardziej obawiała się wpadnięcia w ręce nauczycielki numerologii. Zamiast się szarpać, gwałtownym ruchem uwolniła jeden z rękawów z wierzchniej, ciemnej hogwarckiej szaty, zamierzając po prostu ją tu zostawić i zwiewać dalej… kiedy dotarło do niej, że chyba usiłował zaciągnąć ją do jakiejś kryjówki.
Zdaje się, że niechcący zostali wspólnikami w zbrodni. Jednakowo winnymi bójki.
Śmiech Irytka niósł się korytarzem, podobnie jak kroki dwóch osób.
Nie było szans, aby Brenna zdążyła dotrzeć do upatrzonej wcześniej kryjówki.
Wpadła do pomieszczenia zaraz za nim. To mógł być oczywiście jakiś wredny, ślizgoński podstęp (zasadniczo było najmniej paru Ślizgonów, których Brenna bardzo lubiła, ale doskonale wiedziała też, że w podstępach to ani akurat celują), ale na pewno nie byłby gorszy niż pomaganie psorce w odszyfrowywaniu jakichś tabel numerologicznych (dzień, gdy wybrała numerologię, był bez wątpienia tym, w którym Brenna popełniła najgorszy błąd w swoim życiu). Kiedy Vincent zaryglował drzwi zaklęciem, Brenna też wyciągnęła różdżkę i wycelowała w nie, szepcąc pod nosem silenco – magia niewerbalna nie była w planie nauki na trzecim roku. Kroki na zewnątrz umilkły, ale teraz też tamci nie mogli przez dwie czy trzy minuty usłyszeć ich, a to powinno wystarczyć.
A potem, wciąż obserwując Vincenta, wycofała się i przysiadła na najbliższym stoliku. Lewą ręką roztarła obolały bok, a palce prawej wciąż zaciskała na różdżce, spoglądając na Ślizgona podejrzliwie. W końcu nie miała pojęcia, czy zaraz nie postanowi rzucić na nią jakiejś paskudnej klątwy.
– Czym cię karmili? Eliksirem wzrostu do każdego posiłku? Jedzeniem ukradzionym olbrzymom, czy co? – wypaliła, mierząc go spojrzeniem od stóp do głów, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że chyba rzuciła się do bójki z najwyższym chłopcem w Hogwarcie. I tak, sama była najwyższą dziewczynką na roku, a i na czwartym i piątym znalazłaby się pewnie tylko jedna wyższa od niej, odkąd w ciągu ostatnich kilku miesięcy wystrzeliła w górę – konkretnie Mavelle, jej własna kuzynka – ale gdzie jej tam było do niego?
Widok jego pokrwawionego nosa powinien wywołać wyrzuty sumienia. Ale nie wywołał, bo bolała ją ręka. A poza tym – zważywszy na to, jak bardzo był wysoki, poczuła się wręcz z siebie dumna. Chociaż prawdopodobnie raczej powinna zrobić rachunek sumienia z własnej głupoty.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.