14.10.2023, 22:39 ✶
Choć przed samym wyjazdem z Hogwartu zdążyliśmy zjeść śniadanie, to na myśl o pieczeni z sosem i ziemniaczkami ślinka mi chciała cieknąć, ledwo ją powstrzymywałem, a na domiar złego - a właściwie może bardziej dobrego - zaczynałem odczuwać pustkę w żołądku. Zjem z dokładką, jak nic zjem w dokładką tę pieczeń i będę się rozpływał w sosie, bo to bóstwo było. Musiałem koniecznie nauczyć się wypiekać taką pieczeń. Może udałoby mi się zaimponować Alice, że ja taki wprawny kucharz jestem... Kto wie?
Tak sobie szedłem za nią, wpatrując się w tył jej głowy. Cieszyłem się, że się tak ze wszystkimi dogaduje świetnie, to może ciocia Brenna zatrzyma ją na jeszcze dłużej, nie wypuści z naszej posiadłości i będę ją miał tylko dla siebie w te wakacje? Nawet nie musiałbym się spotykać z nikim innym ze szkoły, bo po co?
Nawet przestałem się wsłuchiwać w rozmowę bliskich, więc w szoku wstrzymałem oddech, ogólnie zatrzymałem się w miejscu, kiedy Alice odwróciła się do mnie. Taka podniecona, zadowolona, rozświetlona uśmiechem. Przez chwilę myślałem, że wyczuła, że się na nią gapię, ale... Trwało to setną sekundy. Musiałem wyglądać przy tym na niezwykle przerażonego, bo od razu też zaczęła lecieć na ziemię. Chciałem to powstrzymać całym sobą, ale nie miałem jak. Gdyby nie dzielił nas mój wózek, pewnie rzuciłbym się by ją złapać, ale nie miałem szans. Jakichkolwiek.
Nie koniec to był jednak z rewelacjami, bo zaraz ciocia Brenna wzięła Alice na ręce i choć zrobiła to nadzwyczaj lekko, to jakoś nie byłem przekonany, żeby to był dobry pomysł, szczególnie że tu blisko były torowiska, ciocia Brenna była jednak drobną kobietą, może wysoką, ale również zanadto energiczną. Nie, to nie mogło się źle skończyć, szczególnie że moja droga roślinka też skakała od człowieka do człowieka... Ale bardziej martwiłem się o Alice. Roślinkę sobie wyhoduję, ale przyjaciółki już nie.
- Nie jestem pewny, czy to dobry pomysł... Eee... Będziemy zwracać uwagę mugoli - zauważyłem, na poczekaniu wymyślając argumenty ku temu. Raczej to niecodzienny widok by taką dużą dziewczynkę nosiła młoda kobieta na ramionach. - Może wezmę... Alice pod ramię? Albo za rękę? - zaproponowałem nieco zmieszany, nieco zawstydzony, wpatrując się uparcie w swój wózek. Miałem nadzieję, że przez tę chwilę jak mówiłem, nikt na mnie nie patrzył ani nie widział tych błysków nadziei w moich oczach, bo wpatrywałem się tak w pozostałe doniczki, jak gdybym chciał je przepalić wzrokiem. Nic z tych rzeczy, moje drogie... Jak wrócimy, to was podleję biedne.
Ech, zachowywałem się znowu dziwnie. Zreflektowałem się i drgnąłem, chcąc zostawić swój wózek, ale w sumie nie byłem tu dorosły w tym gronie, więc wolałem żeby ciocia Brenna albo wuj Erik podjęli decyzję, ale miałem nadzieję, że rozsądną. Więc tak się zawiesiłem w pół kroku, bo pewnie pójdziemy dalej tak jak teraz byliśmy... Za dużo myśli, za dużo myśli w tej głowie, Frank.
Tak sobie szedłem za nią, wpatrując się w tył jej głowy. Cieszyłem się, że się tak ze wszystkimi dogaduje świetnie, to może ciocia Brenna zatrzyma ją na jeszcze dłużej, nie wypuści z naszej posiadłości i będę ją miał tylko dla siebie w te wakacje? Nawet nie musiałbym się spotykać z nikim innym ze szkoły, bo po co?
Nawet przestałem się wsłuchiwać w rozmowę bliskich, więc w szoku wstrzymałem oddech, ogólnie zatrzymałem się w miejscu, kiedy Alice odwróciła się do mnie. Taka podniecona, zadowolona, rozświetlona uśmiechem. Przez chwilę myślałem, że wyczuła, że się na nią gapię, ale... Trwało to setną sekundy. Musiałem wyglądać przy tym na niezwykle przerażonego, bo od razu też zaczęła lecieć na ziemię. Chciałem to powstrzymać całym sobą, ale nie miałem jak. Gdyby nie dzielił nas mój wózek, pewnie rzuciłbym się by ją złapać, ale nie miałem szans. Jakichkolwiek.
Nie koniec to był jednak z rewelacjami, bo zaraz ciocia Brenna wzięła Alice na ręce i choć zrobiła to nadzwyczaj lekko, to jakoś nie byłem przekonany, żeby to był dobry pomysł, szczególnie że tu blisko były torowiska, ciocia Brenna była jednak drobną kobietą, może wysoką, ale również zanadto energiczną. Nie, to nie mogło się źle skończyć, szczególnie że moja droga roślinka też skakała od człowieka do człowieka... Ale bardziej martwiłem się o Alice. Roślinkę sobie wyhoduję, ale przyjaciółki już nie.
- Nie jestem pewny, czy to dobry pomysł... Eee... Będziemy zwracać uwagę mugoli - zauważyłem, na poczekaniu wymyślając argumenty ku temu. Raczej to niecodzienny widok by taką dużą dziewczynkę nosiła młoda kobieta na ramionach. - Może wezmę... Alice pod ramię? Albo za rękę? - zaproponowałem nieco zmieszany, nieco zawstydzony, wpatrując się uparcie w swój wózek. Miałem nadzieję, że przez tę chwilę jak mówiłem, nikt na mnie nie patrzył ani nie widział tych błysków nadziei w moich oczach, bo wpatrywałem się tak w pozostałe doniczki, jak gdybym chciał je przepalić wzrokiem. Nic z tych rzeczy, moje drogie... Jak wrócimy, to was podleję biedne.
Ech, zachowywałem się znowu dziwnie. Zreflektowałem się i drgnąłem, chcąc zostawić swój wózek, ale w sumie nie byłem tu dorosły w tym gronie, więc wolałem żeby ciocia Brenna albo wuj Erik podjęli decyzję, ale miałem nadzieję, że rozsądną. Więc tak się zawiesiłem w pół kroku, bo pewnie pójdziemy dalej tak jak teraz byliśmy... Za dużo myśli, za dużo myśli w tej głowie, Frank.