15.10.2023, 05:19 ✶
- Nie omieszkam powtórzyć tego Orionowi. Szczególnie tę ostatnią część - parsknął rozbawiony na słowa Pandory, chociaż nawet jeśli mogło to brzmieć jako taki sobie żarcik tylko, to absolutnie nie zamierzał przepuścić tej okazji w wyścigu o tym, kto zasługiwał na miano ulubionego, niezastąpionego kuzyna.
Atreus posłał Laurentowi bardzo długie i bardzo pozbawione jakiegokolwiek wyrazu spojrzenie, kiedy ten obiecał mu (!), że nie będzie tyle paplał. Jakaś część aurora mimowolnie krzyknęła w duchu, żeby kuzyn zamknął mordę, ale na twarzy pojawił się lekki, nieco niezręczny uśmiech, zamiast obrócił się do blatu znajdującego pod ścianą i postarał się, żeby nie pierdolnąć w niego z całej siły głową. Może faktycznie lepiej było, żeby sobie stąd poszedł i zostawił ich wszystkich samych, bo jak Prewett będzie tak sobie żartował, to w końcu wyżartuje też cały kontekst ich niefortunnego spotkania i to nie śmierciożercy zrobią komuś krzywdę, ale te trzy siedzące w saloniku kobiety, które wtedy zmienią się w harpie i rzucą się na niego.
Bulstrode obejrzał się na Migotka i najpierw wzruszył ramionami, a potem machnął na niego ręką, że w sumie jak był taki chętny, to niech robi swoje. Kusiło go też wybitnie, żeby skrzata poprosić, żeby mu podrzucił jakąś butelkę czegoś mocniejszego, bo zaczął odnosić jakieś nieprzyjemne wrażenie, że sobie na trzeźwo z tą całą sytuacją nie poradzi, szczególnie w momencie, kiedy Pandora nieco odjechała i zaczęła paplać o nim i Brennie śpiących razem na tej kanapie. Wyobraźnię potrafił mieć bujną, a do tego rozbujaną ostatnimi dwoma miesiącami na rytuale Beltane, ale jednocześnie ta wizja była wręcz bolesna. Pełna zwyczajowego zastanawiania się nad tym, że to na pewno wina magii i udawania, że wszystko jest w porządku. Ale gdyby byli tu sami, to przynajmniej nie biliby się o podłogę. Zacisnął palce na krawędzi blatu, ale ten na całe szczęście ani drgnął, kiedy się zaparł i knukcie aż mu pobielały od tego jak mocno zaciskał na nim ręce. Jak dobrze, że przynajmniej mógł sobie chociaż chwilę postać do całego zgromadzenia tyłem, bo minę miał aktualnie nietęgą. Tylko Migotek patrzył na niego tak trochę podejrzliwie.
Bardzo doceniał to, co powiedziała Victoria odnośnie tego, kto w ogóle powinien się tą sprawą zająć, ale był zbytnio zajęty zaciskaniem zębów, żeby tak zwyczajnie obrócić się i zacząć jej bić brawo. W końcu jednak wziął głęboki oddech, odchrząknął i odwrócił się przodem do zebranych, opierając nonszalancko o wysepkę dzielącą kuchnię i salon.
- Skoro nie tak dawno biegał tutaj jakiś śmierciożerca polujący na mugolaka to mam wrażenie, że taka ochrona zostałaby tu przysłana całkiem chętnie - rzucił jak gdyby nigdy nic, absolutnie nie patrząc na Brennę i pijąc do wydarzenia, które miało miejsce jakiś miesiąc temu.
- Mam wrażenie, że Pandorze chodziło o to, że skoro się zgłosiłaś na męczennika, ja mogę zostać z tobą. Upieklibyśmy dwie pieczenie na jednym ogniu, bo i nie próbowałabyś się bić z nami o to, żeby trzymać straż i my nie bilibyśmy się z tobą o to, że powinni się tym zająć aurorzy - uśmiechnął się płytko, wlepiając w nią nie do końca przekonane spojrzenie. Z wymienionych przez nią osób już Lucy była lepsza, bo przynajmniej była aurorem. - A co do bycia w moim domu, to tam zawsze też jest mój brat i siostra, która absolutnie nigdzie go nie puści, jak Laurent się już tam znajdzie. Pewnie też odłączy kominek, tak na wszelki wypadek. Nasz drogi przyjaciel więc - wskazał niedbale na Laurenta - Nie ruszy się tam przez noc nawet gdyby bardzo tego chciał.
Atreus posłał Laurentowi bardzo długie i bardzo pozbawione jakiegokolwiek wyrazu spojrzenie, kiedy ten obiecał mu (!), że nie będzie tyle paplał. Jakaś część aurora mimowolnie krzyknęła w duchu, żeby kuzyn zamknął mordę, ale na twarzy pojawił się lekki, nieco niezręczny uśmiech, zamiast obrócił się do blatu znajdującego pod ścianą i postarał się, żeby nie pierdolnąć w niego z całej siły głową. Może faktycznie lepiej było, żeby sobie stąd poszedł i zostawił ich wszystkich samych, bo jak Prewett będzie tak sobie żartował, to w końcu wyżartuje też cały kontekst ich niefortunnego spotkania i to nie śmierciożercy zrobią komuś krzywdę, ale te trzy siedzące w saloniku kobiety, które wtedy zmienią się w harpie i rzucą się na niego.
Bulstrode obejrzał się na Migotka i najpierw wzruszył ramionami, a potem machnął na niego ręką, że w sumie jak był taki chętny, to niech robi swoje. Kusiło go też wybitnie, żeby skrzata poprosić, żeby mu podrzucił jakąś butelkę czegoś mocniejszego, bo zaczął odnosić jakieś nieprzyjemne wrażenie, że sobie na trzeźwo z tą całą sytuacją nie poradzi, szczególnie w momencie, kiedy Pandora nieco odjechała i zaczęła paplać o nim i Brennie śpiących razem na tej kanapie. Wyobraźnię potrafił mieć bujną, a do tego rozbujaną ostatnimi dwoma miesiącami na rytuale Beltane, ale jednocześnie ta wizja była wręcz bolesna. Pełna zwyczajowego zastanawiania się nad tym, że to na pewno wina magii i udawania, że wszystko jest w porządku. Ale gdyby byli tu sami, to przynajmniej nie biliby się o podłogę. Zacisnął palce na krawędzi blatu, ale ten na całe szczęście ani drgnął, kiedy się zaparł i knukcie aż mu pobielały od tego jak mocno zaciskał na nim ręce. Jak dobrze, że przynajmniej mógł sobie chociaż chwilę postać do całego zgromadzenia tyłem, bo minę miał aktualnie nietęgą. Tylko Migotek patrzył na niego tak trochę podejrzliwie.
Bardzo doceniał to, co powiedziała Victoria odnośnie tego, kto w ogóle powinien się tą sprawą zająć, ale był zbytnio zajęty zaciskaniem zębów, żeby tak zwyczajnie obrócić się i zacząć jej bić brawo. W końcu jednak wziął głęboki oddech, odchrząknął i odwrócił się przodem do zebranych, opierając nonszalancko o wysepkę dzielącą kuchnię i salon.
- Skoro nie tak dawno biegał tutaj jakiś śmierciożerca polujący na mugolaka to mam wrażenie, że taka ochrona zostałaby tu przysłana całkiem chętnie - rzucił jak gdyby nigdy nic, absolutnie nie patrząc na Brennę i pijąc do wydarzenia, które miało miejsce jakiś miesiąc temu.
- Mam wrażenie, że Pandorze chodziło o to, że skoro się zgłosiłaś na męczennika, ja mogę zostać z tobą. Upieklibyśmy dwie pieczenie na jednym ogniu, bo i nie próbowałabyś się bić z nami o to, żeby trzymać straż i my nie bilibyśmy się z tobą o to, że powinni się tym zająć aurorzy - uśmiechnął się płytko, wlepiając w nią nie do końca przekonane spojrzenie. Z wymienionych przez nią osób już Lucy była lepsza, bo przynajmniej była aurorem. - A co do bycia w moim domu, to tam zawsze też jest mój brat i siostra, która absolutnie nigdzie go nie puści, jak Laurent się już tam znajdzie. Pewnie też odłączy kominek, tak na wszelki wypadek. Nasz drogi przyjaciel więc - wskazał niedbale na Laurenta - Nie ruszy się tam przez noc nawet gdyby bardzo tego chciał.