15.10.2023, 14:57 ✶
Olivia stała przed kominkiem w Londynie, wpatrując się z niezadowoleniem w płomienie. Jej wzrok kątem oka wychwytywał wiszący z boku gliniany dzbanuszek z proszkiem fiuu, który tylko czekał, żeby go wziąć i użyć. Jednak blada ręka Olivii ani myślała się ruszyć w jego kierunku. Ruda była zła na matkę, że akurat tę sprawę postanowiła powierzyć Olivii. To będzie chwila, nie martw się. Zamówienie jest gotowe, o tu, wszystko zabezpieczone. Mimo że dobrze wiedziała, że to nie zamówienie czy podróż poza Londyn napawała najmłodszą córkę Quirków niepokojem.
Płomienie zahuczały i rozbłysły szmaragdowym kolorem, gdy kolejna osoba przepchnęła się przed rudowłosą, jakby w ogóle jej nie zauważając. Ktoś mruknął "suwaj się", a kto inny "z drogi", gdy ją trącali z każdej ze stron. Popychali Olivię to w prawo, to w lewo, aż w końcu ruda stanęła przed kominkiem ze ściśniętym gardłem. Olivia głośno przełknęła ślinę. W ustach miała tak sucho, że aż bolało. Czemu nie mogła po prostu polecieć na miotle?
- No już! - wyciągnęła rękę, wyprzedzając tą kobiecą, z pierścieniami na palcach. Co za ludzie. Wszędzie się spieszą i wcale nie myślą o tym, że niektórzy naprawdę nie przepadają za tą formą podróży. Olivia zacisnęła dłoń na proszku, a drugą dłonią poprawiła torbę, w której znajdowały się zmniejszone pakunki. - New Forest, posiadłość Laurenta Prewetta.
Powiedziała wyraźnie, zanim płomienie otoczyły całą jej sylwetkę, by pochłonąć drobną postać i skręcić jej żołądek tak, że momentalnie zrobiło jej się niedobrze.
Z początku nie odpowiedziała na przywitanie. Gdy wyszła z kominka, niemal od razu zgięła się w pół i zasłoniła dłonią usta. Nie było to uczucie podobne do teleportacji - żołądek protestował, skręcał się i podskakiwał przez całą wieczność, którą dla Olivii była podróż fiuu. Nie pozwolił jednak zawartości wydobyć się na zewnątrz. Olivia przełknęła ślinę, nie bez bólu, i uniosła załzawione oczy na Laurenta. Powoli się wyprostowała, strzepując sadzę ze znoszonej kurtki, którą miała od lat. Po co pozbywać się czegoś, co było wygodne? Nawet jeśli nie było ładne. Zrobiła kilka kroków w przód.
- Na moje nieszczęście zdążyłam nawet zjeść śniadanie - odpowiedziała nieco skrzekliwym głosem. Odchrząknęła, zanim nie odezwała się po raz kolejny. Tym razem głos wrócił do normalności. Był niższy niż u większości kobiet. Olivia mówiła cicho, ale mocno i pewnie, w kontraście do jej zachowania przed kominkiem. Niedbałym ruchem poprawiła rozpuszczone włosy. Jakim cudem obracające się kominki ich nie wyrywały?
Quirke rozejrzała się. Nie musiała się przedstawiać Laurentowi, kojarzyła go ze szkoły. Możliwe że właśnie dlatego matka ją tu wysłała - bo się wygadała. Ostatni jej związek skończył się tak szybko, jak się zaczął, a pani Quirke bardzo chciała zostać babcią Quirke. Problem w tym, że starsza siostra była daleko poza ostrzałem jej gderania, więc to na Olivię spadło brzemię wysłuchiwania przytyków i niezbyt delikatnych sugestii o tykającym zegarze.
- Nic się nie zmieniłeś - zauważyła uprzejmie, obdarzając Laurenta lekkim uśmiechem. Oczywistym było, że mówi to z grzeczności, praktycznie nie mieli prawa się widzieć na korytarzach. Ale uprzejmość nigdy nie zaszkodziła. Jej wzrok niemal od razu powędrował do pupila mężczyzny. Na ten widok błękitne jak niebo oczy Olivii się rozszerzyły w niemym zachwycie. - A cóż to za przystojny kawaler?
Zaszczebiotała, kucając w sporej odległości od psa. Położyła dłonie na kolanach i przekrzywiła głowę, wpatrując się w przerośniętego według jej wiedzy psa.
Płomienie zahuczały i rozbłysły szmaragdowym kolorem, gdy kolejna osoba przepchnęła się przed rudowłosą, jakby w ogóle jej nie zauważając. Ktoś mruknął "suwaj się", a kto inny "z drogi", gdy ją trącali z każdej ze stron. Popychali Olivię to w prawo, to w lewo, aż w końcu ruda stanęła przed kominkiem ze ściśniętym gardłem. Olivia głośno przełknęła ślinę. W ustach miała tak sucho, że aż bolało. Czemu nie mogła po prostu polecieć na miotle?
- No już! - wyciągnęła rękę, wyprzedzając tą kobiecą, z pierścieniami na palcach. Co za ludzie. Wszędzie się spieszą i wcale nie myślą o tym, że niektórzy naprawdę nie przepadają za tą formą podróży. Olivia zacisnęła dłoń na proszku, a drugą dłonią poprawiła torbę, w której znajdowały się zmniejszone pakunki. - New Forest, posiadłość Laurenta Prewetta.
Powiedziała wyraźnie, zanim płomienie otoczyły całą jej sylwetkę, by pochłonąć drobną postać i skręcić jej żołądek tak, że momentalnie zrobiło jej się niedobrze.
Z początku nie odpowiedziała na przywitanie. Gdy wyszła z kominka, niemal od razu zgięła się w pół i zasłoniła dłonią usta. Nie było to uczucie podobne do teleportacji - żołądek protestował, skręcał się i podskakiwał przez całą wieczność, którą dla Olivii była podróż fiuu. Nie pozwolił jednak zawartości wydobyć się na zewnątrz. Olivia przełknęła ślinę, nie bez bólu, i uniosła załzawione oczy na Laurenta. Powoli się wyprostowała, strzepując sadzę ze znoszonej kurtki, którą miała od lat. Po co pozbywać się czegoś, co było wygodne? Nawet jeśli nie było ładne. Zrobiła kilka kroków w przód.
- Na moje nieszczęście zdążyłam nawet zjeść śniadanie - odpowiedziała nieco skrzekliwym głosem. Odchrząknęła, zanim nie odezwała się po raz kolejny. Tym razem głos wrócił do normalności. Był niższy niż u większości kobiet. Olivia mówiła cicho, ale mocno i pewnie, w kontraście do jej zachowania przed kominkiem. Niedbałym ruchem poprawiła rozpuszczone włosy. Jakim cudem obracające się kominki ich nie wyrywały?
Quirke rozejrzała się. Nie musiała się przedstawiać Laurentowi, kojarzyła go ze szkoły. Możliwe że właśnie dlatego matka ją tu wysłała - bo się wygadała. Ostatni jej związek skończył się tak szybko, jak się zaczął, a pani Quirke bardzo chciała zostać babcią Quirke. Problem w tym, że starsza siostra była daleko poza ostrzałem jej gderania, więc to na Olivię spadło brzemię wysłuchiwania przytyków i niezbyt delikatnych sugestii o tykającym zegarze.
- Nic się nie zmieniłeś - zauważyła uprzejmie, obdarzając Laurenta lekkim uśmiechem. Oczywistym było, że mówi to z grzeczności, praktycznie nie mieli prawa się widzieć na korytarzach. Ale uprzejmość nigdy nie zaszkodziła. Jej wzrok niemal od razu powędrował do pupila mężczyzny. Na ten widok błękitne jak niebo oczy Olivii się rozszerzyły w niemym zachwycie. - A cóż to za przystojny kawaler?
Zaszczebiotała, kucając w sporej odległości od psa. Położyła dłonie na kolanach i przekrzywiła głowę, wpatrując się w przerośniętego według jej wiedzy psa.