15.10.2023, 20:34 ✶
W wieku tych czternastu lat Brenna była jeszcze trochę zbyt bezczelna i trochę nazbyt „hop do przodu”. Pewnego rozsądku, odrobiny ogłady i dobrych manier zaczęła się uczyć koło szesnastego roku życia, ale i wtedy nie zawsze po nie sięgała.
Ot nie była aż tak pewna siebie, jak teraz – czyli nieco za bardzo.
– Wiara miała przenosić góry, a nie ludzi zamieniać w góry – odparowała, bo nie było trudno wyłapać, że Prewett zwyczajnie z niej kpił.
Chyba nie chciał kontynuować starcia, więc Brenna ostatecznie odłożyła różdżkę na stolik obok siebie - tak, żeby móc szybko po nią sięgnąć. Nie znała jeszcze Alastora inaczej niż z paru słów rzuconych przez Idę, koleżankę z roku, a jego ulubione powiedzenie "Stała czujność" nie stało się motywem przewodnim jej życia. Ale nawet teraz wiedziała, że w pewnych sytuacjach trzeba mieć różdżkę pod ręką. A potem poprawiła wierzchnią, hogwarcką szatę, by ta z powrotem układała się na niej jak na człowieku i zaczęła grzebać po kieszeniach: i samej szaty i spódnicy. (Zażądała od madame Malkin specjalnych przeróbek. Brenna nie była jakąś wielką przeciwniczką spódnic i sukienek - chociaż i za nimi nie szalała, bo ciężko się było w nich wspinać - ale nie uznawała takich, które nie miały kieszeni.)
Na stoliku obok niej zaczęły się po chwili piętrzyć cukierki, czekoladowe żaby, przysmak dla sowy, jakiś list, kawałek pergaminu, pióro, kilka sykli i wreszcie wydobyła też dwie chusteczki oraz niewielki pojemniczek. To nie tak, że Brenna wdawała się w bójki na szkolnych korytarzach bardzo często - zdarzało się to zaledwie okazyjnie - ale za to wszelkiego rodzaju upadki, pokaleczone kolana czy drobne wypadki podczas kiedy trenowały po cichu z Mav, były na porządku dziennym.
A nauczyciele lubili pytać.
Przez chwilę czekała, ale nikt nie szarpał za klamkę, drzwi się nie otworzyły…
Znów sięgnęła po różdżkę, stuknęła w stolik obok siebie, zamieniając jego powierzchnię w lusterko - czar świeżo opanowany na zaklęciach. I pochyliła się nad nim, obejrzeć wargę, pokrwawioną i opuchniętą. Żebra bolały bardziej, ale żeber nie będą oglądać profesorowie, kiedy już stąd wyjdzie... Taaak, najpierw te widoczne obrażenia. Brenna przystąpiła więc do doskonale sobie znanej procedury. Zaklęciem zwilżyła chusteczkę, ostrożnie wytarła krew z wargi, a potem nałożyła na nią odrobinę maści i to samo zrobiła z obolałym trochę policzkiem, na wypadek, gdyby miał wyleźć tam siniak. Za jakieś pół godziny twarz powinna wrócić do względnego porządku.
– Się jeszcze pytasz? Dręczyłeś Tabi – powiedziała, trochę zdziwiona, że w ogóle pytał. – Była przerażona. Serio, jak już macie być wspaniaaaałymiiii czystokrwistyyyymi Ślizgoooonami, co tak zasieją pogrom wśród szlam i co – to – nie – ja, to może byście skakali do takich swojego wzrostu, co? To znaczy, no ty nie możesz, ale chociaż wybierz kogoś ze swojego roku, co uczył się tych samych zaklęć, a nie!
Ot nie była aż tak pewna siebie, jak teraz – czyli nieco za bardzo.
– Wiara miała przenosić góry, a nie ludzi zamieniać w góry – odparowała, bo nie było trudno wyłapać, że Prewett zwyczajnie z niej kpił.
Chyba nie chciał kontynuować starcia, więc Brenna ostatecznie odłożyła różdżkę na stolik obok siebie - tak, żeby móc szybko po nią sięgnąć. Nie znała jeszcze Alastora inaczej niż z paru słów rzuconych przez Idę, koleżankę z roku, a jego ulubione powiedzenie "Stała czujność" nie stało się motywem przewodnim jej życia. Ale nawet teraz wiedziała, że w pewnych sytuacjach trzeba mieć różdżkę pod ręką. A potem poprawiła wierzchnią, hogwarcką szatę, by ta z powrotem układała się na niej jak na człowieku i zaczęła grzebać po kieszeniach: i samej szaty i spódnicy. (Zażądała od madame Malkin specjalnych przeróbek. Brenna nie była jakąś wielką przeciwniczką spódnic i sukienek - chociaż i za nimi nie szalała, bo ciężko się było w nich wspinać - ale nie uznawała takich, które nie miały kieszeni.)
Na stoliku obok niej zaczęły się po chwili piętrzyć cukierki, czekoladowe żaby, przysmak dla sowy, jakiś list, kawałek pergaminu, pióro, kilka sykli i wreszcie wydobyła też dwie chusteczki oraz niewielki pojemniczek. To nie tak, że Brenna wdawała się w bójki na szkolnych korytarzach bardzo często - zdarzało się to zaledwie okazyjnie - ale za to wszelkiego rodzaju upadki, pokaleczone kolana czy drobne wypadki podczas kiedy trenowały po cichu z Mav, były na porządku dziennym.
A nauczyciele lubili pytać.
Przez chwilę czekała, ale nikt nie szarpał za klamkę, drzwi się nie otworzyły…
Znów sięgnęła po różdżkę, stuknęła w stolik obok siebie, zamieniając jego powierzchnię w lusterko - czar świeżo opanowany na zaklęciach. I pochyliła się nad nim, obejrzeć wargę, pokrwawioną i opuchniętą. Żebra bolały bardziej, ale żeber nie będą oglądać profesorowie, kiedy już stąd wyjdzie... Taaak, najpierw te widoczne obrażenia. Brenna przystąpiła więc do doskonale sobie znanej procedury. Zaklęciem zwilżyła chusteczkę, ostrożnie wytarła krew z wargi, a potem nałożyła na nią odrobinę maści i to samo zrobiła z obolałym trochę policzkiem, na wypadek, gdyby miał wyleźć tam siniak. Za jakieś pół godziny twarz powinna wrócić do względnego porządku.
– Się jeszcze pytasz? Dręczyłeś Tabi – powiedziała, trochę zdziwiona, że w ogóle pytał. – Była przerażona. Serio, jak już macie być wspaniaaaałymiiii czystokrwistyyyymi Ślizgoooonami, co tak zasieją pogrom wśród szlam i co – to – nie – ja, to może byście skakali do takich swojego wzrostu, co? To znaczy, no ty nie możesz, ale chociaż wybierz kogoś ze swojego roku, co uczył się tych samych zaklęć, a nie!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.