16.10.2023, 01:07 ✶
Septima przytuliła przyjaciela i poklepała go krzepiąco po plecach. Z jej ust uciekać już miały słowa otuchy, ale to jego wypowiedź wybrzmiała pierwsza w powietrzu.
— Jasne! Chodźmy nad wodę — "i utopmy się w niej razem" chciała głupio zażartować, ale nie tyle ugryzła się w język, co nie chciała atmosfery niepotrzebnie obciążyć. Nawigacja emocjami nie przychodziła jej lekko. Może dlatego dobrze się dogadywali — nie przytłaczała go nadmierną rzewliwością i melancholią. Nie ocierała przy nim łez, chociaż czasem, nie przyznając się przed nikim, tego potrzebowała. Lubiła, nie, PRAGNĘŁA, tak o sobie myśleć - jako najbardziej wyjątkowej, wybitnej, inna niż wszystkie baby świata, z którymi mężczyźni musieli mieć tą nieprzyjemną styczność. Prawda była najpewniej rozczarowująca.
— Dziękuję za łuski! — Wyraziła wdzięczność gdy tylko niespiesznie ruszyli w stronę akwenu — wiem, że już ci o tym ględziłam, ale naprawdę sądzę, że kiedyś będę w stanie wyciągnąć z nich ich prawdziwy potencjał. Wciąż szukam drewna, który nie przygasi ich predyspozycji i...myślałam, że po kilku nienajgorszych próbach mam to z sosną, ale nie mogę poradzić sobie ze smołą, która kumuluje się przy pierwszych zaklęciach testowych. Po krótkim, acz intensywnym śledztwie i listach wymienionych z magizielarzem z Jugosławii, podobno jodła koreańska mogłaby być idealnym kandydatem pod to... ale to tak długa wyprawa jak na tak niepewny trop. Wolałabym teraz nie zostawiać ojca samego. Na moich kuzynach nie mogę polegać.
Szybka, cięta refleksja nasunęła, że ostatecznie nie spodobał jej się ton ostatniej wypowiedzi. Zmarszczyła nos, przetorowywując rozmowę w inne rejony.
— Wybacz, nie pomyślałam. Chyba powinnam poświęcić ten czas na zaplanowanie ci wieczoru kawalerskiego – zażartowała, całkiem lekko i zwinnie rozpoczynając Groźny Acz Konieczny Temat. Splotła filuternie dłonie i uśmiechnęła się szelmowsko. – To co? Najpierw herbata z pączusiami z różą w Annabelle? Później może teatr kukiełkowy i kolacja... oby tylko skończyć przed dziesiątą. A może by tak zorganizować mistrzostwa układania puzzli na czas... tyle opcji, a wieczór tak krótki...
Septima była całkiem świadoma, że w porównaniu do innych (zwłaszcza tych nowych) znajomych Leviathana musiała być uznawana za skończoną nudziarę. Nie topiła smutków w alkoholu ani innych tego typu używkach, nie grywała w pokera, z facetami trzymała się (czasem) za ręce, a z Macmillanowych orgii jeśli już siłą zaciągnięta to uciekała, tak jakby chorobą weneryczną miała zarazić się drogą kropelkową.
Nie ganiała też za szlamami i nie rzucała w nich kamieniami.
Albo czymś dużo gorszym.
Prowadziła się dobrze, może za dobrze, ale gdyby coś miała w swoim życiu zmienić, nie uczyniłaby tego. Przynajmniej aż do dziś tak by było.
Uśmiech trochę zbladł na jej kredowej twarzy; wzrok opuściła przed siebie. Musiała zapytać.
— Levi, jak się czujesz?
— Jasne! Chodźmy nad wodę — "i utopmy się w niej razem" chciała głupio zażartować, ale nie tyle ugryzła się w język, co nie chciała atmosfery niepotrzebnie obciążyć. Nawigacja emocjami nie przychodziła jej lekko. Może dlatego dobrze się dogadywali — nie przytłaczała go nadmierną rzewliwością i melancholią. Nie ocierała przy nim łez, chociaż czasem, nie przyznając się przed nikim, tego potrzebowała. Lubiła, nie, PRAGNĘŁA, tak o sobie myśleć - jako najbardziej wyjątkowej, wybitnej, inna niż wszystkie baby świata, z którymi mężczyźni musieli mieć tą nieprzyjemną styczność. Prawda była najpewniej rozczarowująca.
— Dziękuję za łuski! — Wyraziła wdzięczność gdy tylko niespiesznie ruszyli w stronę akwenu — wiem, że już ci o tym ględziłam, ale naprawdę sądzę, że kiedyś będę w stanie wyciągnąć z nich ich prawdziwy potencjał. Wciąż szukam drewna, który nie przygasi ich predyspozycji i...myślałam, że po kilku nienajgorszych próbach mam to z sosną, ale nie mogę poradzić sobie ze smołą, która kumuluje się przy pierwszych zaklęciach testowych. Po krótkim, acz intensywnym śledztwie i listach wymienionych z magizielarzem z Jugosławii, podobno jodła koreańska mogłaby być idealnym kandydatem pod to... ale to tak długa wyprawa jak na tak niepewny trop. Wolałabym teraz nie zostawiać ojca samego. Na moich kuzynach nie mogę polegać.
Szybka, cięta refleksja nasunęła, że ostatecznie nie spodobał jej się ton ostatniej wypowiedzi. Zmarszczyła nos, przetorowywując rozmowę w inne rejony.
— Wybacz, nie pomyślałam. Chyba powinnam poświęcić ten czas na zaplanowanie ci wieczoru kawalerskiego – zażartowała, całkiem lekko i zwinnie rozpoczynając Groźny Acz Konieczny Temat. Splotła filuternie dłonie i uśmiechnęła się szelmowsko. – To co? Najpierw herbata z pączusiami z różą w Annabelle? Później może teatr kukiełkowy i kolacja... oby tylko skończyć przed dziesiątą. A może by tak zorganizować mistrzostwa układania puzzli na czas... tyle opcji, a wieczór tak krótki...
Septima była całkiem świadoma, że w porównaniu do innych (zwłaszcza tych nowych) znajomych Leviathana musiała być uznawana za skończoną nudziarę. Nie topiła smutków w alkoholu ani innych tego typu używkach, nie grywała w pokera, z facetami trzymała się (czasem) za ręce, a z Macmillanowych orgii jeśli już siłą zaciągnięta to uciekała, tak jakby chorobą weneryczną miała zarazić się drogą kropelkową.
Nie ganiała też za szlamami i nie rzucała w nich kamieniami.
Albo czymś dużo gorszym.
Prowadziła się dobrze, może za dobrze, ale gdyby coś miała w swoim życiu zmienić, nie uczyniłaby tego. Przynajmniej aż do dziś tak by było.
Uśmiech trochę zbladł na jej kredowej twarzy; wzrok opuściła przed siebie. Musiała zapytać.
— Levi, jak się czujesz?