Na pewno nim był? Na pewno można było nazwać swoim bratem kogoś, kto potrafił tak po prostu wyjść stąd i nie wracać nie przez godziny, nie przez dni, tylko przez lata? Nigdy się z nimi nie kontaktował, nigdy ich nie odwiedził. Czasami nawiedzali jego myśli, ale i tak jego kroki nie skierowały się tam, gdzie akurat rezydowali Bellowie. Jaki był z niego brat - stał się bardziej duchem, jakimś wspomnieniem, które Alexander musiał pielęgnować w sobie na tyle silnie i długo, żeby nawet teraz ulegać jego wpływom.
- Tak - powiedział szybko, wcale nie chciał, żeby ta okazja rozpłynęła się w powietrzu tylko dlatego, że zadał pytanie, a ruina jego moralności krzyczała, że nie wolno mu tego robić. - To znaczy przyjmuję. - Nad konsekwencjami dla swojej psychiki mógł się przecież pozastanawiać jutro.
Flynn otarł twarz rękawem, ale chwilę później po policzku potoczyła się kolejna ze słonych łez. Zanim wstał, dał sobie równo trzy długie sekundy na to, żeby się uspokoić. Ani mu to nie wyszło, ani nie było trafne, kiedy drugi Bell narzekał mu na to, że się niecierpliwi, ale było mu to potrzebne - ten jeden, głęboki wdech, zanim podniósł się z miejsca i spojrzał na Alexandra z góry. Zwykle, kiedy się tak nad człowiekiem stało, to pewnie oczekiwało się utworzenia pomiędzy wami oczywistej dynamiki, ale Flynn czuł się kompletnie inaczej, niż podpowiadała tutaj wyobraźnia - wcale nie wydawał się być większy, wcale nie wyczuwał ze swojej strony dominacji - jakoś tak się nawet zgarbił, stojąc niezgrabnie na swoich nieco chuderlawych nogach. Pochylił się na moment, ściągając buty, z których na podłogę wypadł scyzoryk. Miał coś chyba w skarpetkach, ale je też ściągnął. A później, kiedy się znowu wyprostował, wlepił swoje puste spojrzenie w Alexandra i rozpiął rozporek skórzanych spodni. Po wyrazie jego twarzy łatwo było zorientować się, że dostrzegał w tym zarówno tani erotyzm, jak i ogromny absurd sytuacji, ale brnął w to i tak - po chwili zarówno te spodnie, jak i pasek do którego przypinał swoje noże, zsunęły się z niego z głośnym brzdęknięciem. Sekundę później dołączyła do nich bluza. Stał teraz obok bałaganu. Pozostawił wszystko porozrzucane. Koc, którym był przykryty, wymięty, odepchnięty w bok, leżał w tej scenie gdzieś pomiędzy wszystkim.
Chciał go jakoś zaczepić. Na usta cisnęło się wiele słów, którymi w takich sytuacjach częstował innych, ale ostatecznie wydał z siebie tylko jakiś karykaturalny dźwięk, brzmiący trochę jak „ngk”, kiedy położył się wreszcie obok i szybkim ruchem zakleszczył palce swoich dłoni na jego przedramionach, jakby chciał zatrzymać go w miejscu, na wypadek gdyby to wszystko okazało się być głupim żartem.
- Tak - powiedział szybko, wcale nie chciał, żeby ta okazja rozpłynęła się w powietrzu tylko dlatego, że zadał pytanie, a ruina jego moralności krzyczała, że nie wolno mu tego robić. - To znaczy przyjmuję. - Nad konsekwencjami dla swojej psychiki mógł się przecież pozastanawiać jutro.
Flynn otarł twarz rękawem, ale chwilę później po policzku potoczyła się kolejna ze słonych łez. Zanim wstał, dał sobie równo trzy długie sekundy na to, żeby się uspokoić. Ani mu to nie wyszło, ani nie było trafne, kiedy drugi Bell narzekał mu na to, że się niecierpliwi, ale było mu to potrzebne - ten jeden, głęboki wdech, zanim podniósł się z miejsca i spojrzał na Alexandra z góry. Zwykle, kiedy się tak nad człowiekiem stało, to pewnie oczekiwało się utworzenia pomiędzy wami oczywistej dynamiki, ale Flynn czuł się kompletnie inaczej, niż podpowiadała tutaj wyobraźnia - wcale nie wydawał się być większy, wcale nie wyczuwał ze swojej strony dominacji - jakoś tak się nawet zgarbił, stojąc niezgrabnie na swoich nieco chuderlawych nogach. Pochylił się na moment, ściągając buty, z których na podłogę wypadł scyzoryk. Miał coś chyba w skarpetkach, ale je też ściągnął. A później, kiedy się znowu wyprostował, wlepił swoje puste spojrzenie w Alexandra i rozpiął rozporek skórzanych spodni. Po wyrazie jego twarzy łatwo było zorientować się, że dostrzegał w tym zarówno tani erotyzm, jak i ogromny absurd sytuacji, ale brnął w to i tak - po chwili zarówno te spodnie, jak i pasek do którego przypinał swoje noże, zsunęły się z niego z głośnym brzdęknięciem. Sekundę później dołączyła do nich bluza. Stał teraz obok bałaganu. Pozostawił wszystko porozrzucane. Koc, którym był przykryty, wymięty, odepchnięty w bok, leżał w tej scenie gdzieś pomiędzy wszystkim.
Chciał go jakoś zaczepić. Na usta cisnęło się wiele słów, którymi w takich sytuacjach częstował innych, ale ostatecznie wydał z siebie tylko jakiś karykaturalny dźwięk, brzmiący trochę jak „ngk”, kiedy położył się wreszcie obok i szybkim ruchem zakleszczył palce swoich dłoni na jego przedramionach, jakby chciał zatrzymać go w miejscu, na wypadek gdyby to wszystko okazało się być głupim żartem.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.