16.10.2023, 04:07 ✶
Może i powinien zrobić jej te grzeczność i powiedzieć o co właściwie chodziło. A może zwyczajnie powinien zachować wszystko dla siebie, bo Layla sama nie była pewna czego właściwie od niego oczekiwała lub chciała. Odszedł tak dawno, że nie wymagała od niego szczerości godnej brata, ale z drugiej strony jakaś część niej rwała się do tego, by poznać jego sekrety. Ta ona bardziej ciekawa świata i jego otwartości, skryta gdzieś głęboko na dnie pod pajęczyną rodzinnych powiązań i zobowiązań. Ta sama, która szukała uwagi i zabawy w towarzystwie ludzi tak odmiennych od nich samych. Od Bellów. Nie przyznałaby się do tego nigdy, ale trochę mu zazdrościła tego że odszedł. Że na trochę chociaż wyrwał się z cyrku i współczuła mu nawet, że nie zaznał spokoju.
Teraz jednak, kiedy tak się miotał, zawieszał i potykał na słowach, patrzyła na niego uważnie, ale i z pewnym prześmiewczym zażenowaniem. Bo jego słowa niczego jej nie wyjaśniały, a jedynie wprowadzały większy mętlik. Utrudniały wszystko niepotrzebnie, kiedy ona najchętniej wzięłaby co swoje bez zastanowienia.
Przynajmniej chociaż odrobinę się jej teraz przydał, kiedy puścił ją i transmutował gałąź, tworząc z niej sprytne zabezpieczenie na wypadek ucieczki tego całego pożal się boże wróżka. Obejrzała się jeszcze za dzieciakami, odprowadzając je spojrzeniem zza liści dębu, odzywając się dopiero, kiedy zniknęły w nocnym lesie.
- Czy ty się boisz? - zapytała go ni to poważnie, ni to wykrzywiając kąciki ust w jakimś nieprzyjemnym, gorzkim wyrazie. Drobnym obrzydzeniu może, jakby sam fakt że Flynn mógł wiedzieć co czeka w środku, nie przekładał się u niej bezpośrednio na to, że sama też powinna przynajmniej zachować ostrożność. - Ty się boisz. - powtórzyła, ale tym razem było to stwierdzenie podbite uniesieniem brwi w niedowierzaniu. - Chłop, który ma dwa tryby; bij mnie i poniżaj bo to lubię, albo spróbuj to naklepię ci tak, że cię rodzona matka nie pozna. Nie rozśmieszaj mnie nawet - zacisnęła palce mocniej na jego dłoni, absolutnie nie pozwalając mu się teraz wycofać i mimo że jej słowa mogły wydawać się szydercze, to w tonie głosu pobrzmiewała głównie złość. Jakaś jej część załapała, że cokolwiek się tum wozie kryło, zrobiło Flynnowi coś, co znowu wpychało go do trybu zagubionego pieska i absolutnie się to jej nie podobało. Pociągnęła go więc za sobą, w kierunku drzwi wejściowych, stając przed nimi w odległości może dwoch kroków, ale też nieco z boku. Musiała pokazać mu, że cokolwiek lub ktokolwiek sobie w tym wozie mieszkało, to Flynn nie jego powinien się bać. Nawet gdyby był to sam diabeł, to w momencie kiedy do równania dołączała wściekła baba, rozłożenie sił zmieniało się drastycznie. A jak mogła nie być zła, skoro gnój obrobił ich z pieniędzy?
Drzwi jęknęły, kiedy podniosła dłoń rzucając zaklęcie i wyrywając je z zawiasów i z impetem posyłając między drzewa. Pukać to sobie mogła co najwyżej do wozu Elaine i tylko jeśli miała dobry humor.
- Wyłaź dupku, albo rozparceluję ci zaraz cały ten wóz. I najlepiej z naszymi pieniędzmi, bo nie mam całej nocy na pierdolenie.
Teraz jednak, kiedy tak się miotał, zawieszał i potykał na słowach, patrzyła na niego uważnie, ale i z pewnym prześmiewczym zażenowaniem. Bo jego słowa niczego jej nie wyjaśniały, a jedynie wprowadzały większy mętlik. Utrudniały wszystko niepotrzebnie, kiedy ona najchętniej wzięłaby co swoje bez zastanowienia.
Przynajmniej chociaż odrobinę się jej teraz przydał, kiedy puścił ją i transmutował gałąź, tworząc z niej sprytne zabezpieczenie na wypadek ucieczki tego całego pożal się boże wróżka. Obejrzała się jeszcze za dzieciakami, odprowadzając je spojrzeniem zza liści dębu, odzywając się dopiero, kiedy zniknęły w nocnym lesie.
- Czy ty się boisz? - zapytała go ni to poważnie, ni to wykrzywiając kąciki ust w jakimś nieprzyjemnym, gorzkim wyrazie. Drobnym obrzydzeniu może, jakby sam fakt że Flynn mógł wiedzieć co czeka w środku, nie przekładał się u niej bezpośrednio na to, że sama też powinna przynajmniej zachować ostrożność. - Ty się boisz. - powtórzyła, ale tym razem było to stwierdzenie podbite uniesieniem brwi w niedowierzaniu. - Chłop, który ma dwa tryby; bij mnie i poniżaj bo to lubię, albo spróbuj to naklepię ci tak, że cię rodzona matka nie pozna. Nie rozśmieszaj mnie nawet - zacisnęła palce mocniej na jego dłoni, absolutnie nie pozwalając mu się teraz wycofać i mimo że jej słowa mogły wydawać się szydercze, to w tonie głosu pobrzmiewała głównie złość. Jakaś jej część załapała, że cokolwiek się tum wozie kryło, zrobiło Flynnowi coś, co znowu wpychało go do trybu zagubionego pieska i absolutnie się to jej nie podobało. Pociągnęła go więc za sobą, w kierunku drzwi wejściowych, stając przed nimi w odległości może dwoch kroków, ale też nieco z boku. Musiała pokazać mu, że cokolwiek lub ktokolwiek sobie w tym wozie mieszkało, to Flynn nie jego powinien się bać. Nawet gdyby był to sam diabeł, to w momencie kiedy do równania dołączała wściekła baba, rozłożenie sił zmieniało się drastycznie. A jak mogła nie być zła, skoro gnój obrobił ich z pieniędzy?
Drzwi jęknęły, kiedy podniosła dłoń rzucając zaklęcie i wyrywając je z zawiasów i z impetem posyłając między drzewa. Pukać to sobie mogła co najwyżej do wozu Elaine i tylko jeśli miała dobry humor.
- Wyłaź dupku, albo rozparceluję ci zaraz cały ten wóz. I najlepiej z naszymi pieniędzmi, bo nie mam całej nocy na pierdolenie.