Słabsi, słabsi i ci silniejsi. Los wśród ludzi był jak życie w dżungli - przetrwa najsilniejszy albo ten, który znalazł sobie odpowiednio silne stado. Nie było w końcu żadnej siły w Laurencie, a mimo to jakoś to życie biegło. I wcale nie było źle, wcale nie było ciężkie. Opieczętowane dozami miłymi chwil pozwalało na przystanięcie, odetchnięcie i ucieszenie się z czegoś nowego. Łatwo było łapać i szarpać kogoś mniejszego od siebie, jeszcze prościej kogoś, kto nie potrafił znaleźć na to odpowiedzi. Strach? Brak warunków? Zwyczajnie rzecz dzieje się za szybko, żeby odpowiednio zaskoczyć? Słabość ciała musiała nieść ze sobą silnego ducha, inaczej szklany tyłek przeradzał się w rozpływające się serce - nie z rozkoszy. Z bólu. Z żalu nad własnym jestestwem. Nie było niczego złego we współczuciu, jeśli tylko nie było ono mylone z pożałowaniem. Bo przecież czym innym była jego reakcja jeśli nie współodczuwaniem jej bólu, którym zostało potraktowane ciało? Czy to po teleportacji, złym śniadaniu, czy może stresie, jaki przyniosła tego ranka z pracy, ponieważ klient ją bardzo nieuprzejmie potraktował. Nikomu nie powinno się życzyć bólu - tak jak nikogo nie powinno się traktować z góry. Zapewne komuś takiemu jak on było o tym łatwiej powiedzieć - tak całkiem pozornie. Bogaczowi, synowi głowy obrzydliwie bogatego rodu Prewett. Nawet jeśli się z tym nie obnosił, to istniały pewne maniery, które od razu dało się wyczuć między człowiekiem, który zawsze musiał zmywać po sobie naczynia a kimś, kto nie potrafiłby nawet ugotować parówki, bo jego noga stawała w kuchni co najwyżej po herbatę czy lemoniadę latem.
- Lubisz latać? - Zainteresował się, chociaż trochę złapał ten temat po to, żeby go zmienić. Żeby zamiast mówić i rozmyślać nad tym, jak to się kręci i ściska w brzuchu, porozmawiać o czymś miłym, co się lubi, albo przynajmniej jest przyjemniejsze. Co pozwala uciec myślami w bok, żeby nie krążyły w jednym punkcie. Niemal cisnęło mu się na usta, że to nie problem, na drugi raz zaprosi na rano i przygotuje śniadanie na miejscu, żeby po załatwieniu spraw dopiero kobieta mogła w spokoju wracać. - Wina? Skądże. Chyba musiałbym zacząć od przygany w takim wypadku, przecież najważniejszego posiłku dnia nie można pomijać... albo byłby zobowiązany na śniadanie zaprosić. - Ach, no w tym momencie to już wręcz samo się prosiło! Zaraz mieli przejść do wody - i to bardzo dosłownie - udać się do wodopoju zwanym biurem, bo też do niego było stąd bliżej niż do domu Laurenta, gdzie czekał dzbanek chłodnej wody prosto do wypicia. Były jednak rzeczy ważne i ważniejsze. Na przykład... piesek. Punkt obserwacji, jaki miał chwilowo blondyn rzeczywiście pozwalał na bardzo skuteczne zakrycie pojawiających się rumieńców, chociaż gdyby nawet się podniosła to bardziej chyba zrzuciłby to na karby wstydu czy też dyskomfortu związanego z samym przybyciem tutaj. Na szczęście (a może nieszczęście?) Olivii - z pomocą przyszedł Duma.
Zapoznając się z bogactwem zapachów (tą belką spsikaną perfumami!) Duma trącał wilgotnym nosem nową dla niego osobę. Proces zapoznawczy, jak prawdziwy rytuał, potrafił ledwie chwile, kiedy jego ogon zaczął się z zadowoleniem bujać na boki i podłożył swój łeb do głaskania, kładąc się (albo raczej zwalając) na zieloną trawę, trącając jej rękę, domagając się pieszczot. Jarczuk nie należał do stworzeń, które jak labradory non stop kleiły się do ludzi, ale tutaj skrzydłowy spisał się wręcz na medal, podkładając się do miziania wzdłuż i wszerz. Było w końcu co miziać!
- Naprawdę? Bardzo możliwe w takim razie. Sądząc po twoim nastawieniu chyba jakaś część miłości do magicznych istot została podana do twoich rąk ze strony ojca? - To, że ktoś pracował z magicznymi istotami nie znaczyło, że je kochał. Że je szanował. W głosie kobiety nie brzmiała jednak wstrzemięźliwość, a raczej zabrzmiała dla niego, jakby uznała to za coś, co było owszem, wspomnieniem, ale również pochwałą. Dla jej ojca. Jak coś, z czego mogłaby być dumna. Przykucnął sam obok i poklepał psisko po brzuchu, na co zachwycony Duma wydał z siebie dziwny dźwięk, przewalając się już zupełnie na bok i wywalając jęzor z pyska. Urocze... Urocza i urocze zjawisko, którym był ten niewinny wręcz chichot. - "Dużo je" jest bardzo delikatnym określeniem. - Zażartował. - Na szczęście dostaje wszystko, co najlepsze, włącznie z odpowiednią dawką miłości. Prawda, Duma? - Złapał psiaka za ucho i potarmosił go trochę po łbie, przeszczęśliwy jarczuk szczeknął krótko w odpowiedzi, przewalając się po ziemi. - Jestem zauroczony twoją odwagą. - Wyznał, odciągając rękę od psa. - Większość osób woli się trzymać od Dumy z daleka. Nie uważam tego za złe - lepiej trzymać się z daleka od takiego stworzenia, kiedy odczuwa się strach. - Wszystko rozchodziło się o instynkt, a instynktem jarczuków było polowanie. W Olivii nie było strachu, więc i Duma zamieniał się w psiaka do miziania i zabawy.