16.10.2023, 16:31 ✶
Sklep Ollivanderów był miejscem tak starym, że pamiętał czasy, o których nie śniło się wielu historykom. Kiedy Garrick opowiadał o tym małym dzieciom, te zwykle wyobrażały sobie tę małą kamieniczkę stojącą na pustkowiu, jeszcze zanim wokół niego zbudowano resztę Londynu. To oczywiście nie była prawda, po pierwsze nie był aż tak stary, żeby istnieć przed powstaniem na tych terenach cywilizacji (no bo kto by wtedy kupował te różdżki), a po drugie, na przestrzeni lat budynek, jego fasada, oszklona witryna - wszystkie ulegały (czasami nawet gwałtownym!) zmianom.
Ale przez ostatnie, powiedzmy, że dwieście lat, sklep ani drgnął. Ogarnął go całkowity, niezmienny i pochłaniający spokój. Ten spokój przylgnął również do charakteru i oblicza obecnego właściciela. Garrick należał do ludzi nieco ekscentrycznych i miewał momenty, kiedy zaskakiwał nie tylko niesamowitą erudycją, ale i taką niepasującą do reszty wizerunku swawolą, ale ten spokój, ta cisza sklepu z różdżkami położonego w centrum magicznego świata, a jednocześnie zdającego się bycia czymś na jego uboczu... Wysokie regały pokryte stosami pudełek. Nieco zakurzona lada. Drabina, po której bałoby się wejść więcej ludzi. Oszałamiająca ilość brązu. Zapach drewna i żywicy, uderzający do nozdrzy od razu po przekroczeniu progu i... on - Garrick, stojący gdzieś na widoku, lub chowający się na antresoli, gdzie wypełniał dokumenty lub czytał swoje ulubione książki. Niezależnie od tego, czy wszedłeś do tego sklepu wczoraj, dziesięć, dwadzieścia, czy trzydzieści lat temu, twoje odczucia zapewne się nie zmieniły.
No... Chyba że nazywałeś się Laurence Selwyn. Istnieli ludzie, dla których sklep Ollivandera, pachnący i wyglądający tak samo od dwustu lat, wcale nie przywodził na myśl chwil z nową różdżką, kiedy rodzice zabrali go tutaj przed pierwszą wizytą w Hogwarcie. Dla niektórych to było też miejsce śmiechu, spożywania kolejnych szklaneczek whiskey i...
- Już idę...!
Uniesiony głos Garricka, ale nie krzyk, poniósł się po pomieszczeniu, a zaraz po tym dało się słyszeć głośne tupanie na zapleczu. Ollivander odłożył heblarkę, oczyścił dłonie i ubranie szybkim zaklęciem i udał się poza warsztat, do wnętrza sklepu, w którym nie spodziewał się zastać nikogo o tej godzinie, ale... w gruncie rzeczy czemu miałby potencjalnego klienta nie przyjąć, przecież to nie było tak, że istniała jakaś dobra pora na zakup różdżki.
Wychyliwszy się zza zasłony z kolorowych koralików, która wisiała w przejściu, uśmiechał się serdecznie, ale im dłużej wpatrywał się w osobę stojącą w środku, ten uśmiech coraz bardziej znikał, a twarz Garricka stawała się blednąć. Nie był aż tak słaby, żeby na jego widok upaść, ale faktycznie zrobiło mu się słabo.
- Laurie? - Ledwo go dostrzegł za tym zarostem, za smutnymi oczyma. Tak jak on go pewnie teraz ledwo dostrzegał za wylewającą się na twarz niepewnością. - Laurie... - powtórzył, już nie wahając się, nie stawiając w tonie głosu znaku zapytania. - Oh, wróciłeś do Londynu? Dobrze cię widzieć. - Rzucił odrobinę weselej, ale brzmiał tak niezręcznie i sztucznie jak się tylko dało. Miał pięćdziesiąt lat na karku, a nie miał pojęcia, cóż takiego mógł uczynić z rękoma, więc splótł ze sobą palce i stał tak jak kukła. Ani drgnął.
Ale przez ostatnie, powiedzmy, że dwieście lat, sklep ani drgnął. Ogarnął go całkowity, niezmienny i pochłaniający spokój. Ten spokój przylgnął również do charakteru i oblicza obecnego właściciela. Garrick należał do ludzi nieco ekscentrycznych i miewał momenty, kiedy zaskakiwał nie tylko niesamowitą erudycją, ale i taką niepasującą do reszty wizerunku swawolą, ale ten spokój, ta cisza sklepu z różdżkami położonego w centrum magicznego świata, a jednocześnie zdającego się bycia czymś na jego uboczu... Wysokie regały pokryte stosami pudełek. Nieco zakurzona lada. Drabina, po której bałoby się wejść więcej ludzi. Oszałamiająca ilość brązu. Zapach drewna i żywicy, uderzający do nozdrzy od razu po przekroczeniu progu i... on - Garrick, stojący gdzieś na widoku, lub chowający się na antresoli, gdzie wypełniał dokumenty lub czytał swoje ulubione książki. Niezależnie od tego, czy wszedłeś do tego sklepu wczoraj, dziesięć, dwadzieścia, czy trzydzieści lat temu, twoje odczucia zapewne się nie zmieniły.
No... Chyba że nazywałeś się Laurence Selwyn. Istnieli ludzie, dla których sklep Ollivandera, pachnący i wyglądający tak samo od dwustu lat, wcale nie przywodził na myśl chwil z nową różdżką, kiedy rodzice zabrali go tutaj przed pierwszą wizytą w Hogwarcie. Dla niektórych to było też miejsce śmiechu, spożywania kolejnych szklaneczek whiskey i...
- Już idę...!
Uniesiony głos Garricka, ale nie krzyk, poniósł się po pomieszczeniu, a zaraz po tym dało się słyszeć głośne tupanie na zapleczu. Ollivander odłożył heblarkę, oczyścił dłonie i ubranie szybkim zaklęciem i udał się poza warsztat, do wnętrza sklepu, w którym nie spodziewał się zastać nikogo o tej godzinie, ale... w gruncie rzeczy czemu miałby potencjalnego klienta nie przyjąć, przecież to nie było tak, że istniała jakaś dobra pora na zakup różdżki.
Wychyliwszy się zza zasłony z kolorowych koralików, która wisiała w przejściu, uśmiechał się serdecznie, ale im dłużej wpatrywał się w osobę stojącą w środku, ten uśmiech coraz bardziej znikał, a twarz Garricka stawała się blednąć. Nie był aż tak słaby, żeby na jego widok upaść, ale faktycznie zrobiło mu się słabo.
- Laurie? - Ledwo go dostrzegł za tym zarostem, za smutnymi oczyma. Tak jak on go pewnie teraz ledwo dostrzegał za wylewającą się na twarz niepewnością. - Laurie... - powtórzył, już nie wahając się, nie stawiając w tonie głosu znaku zapytania. - Oh, wróciłeś do Londynu? Dobrze cię widzieć. - Rzucił odrobinę weselej, ale brzmiał tak niezręcznie i sztucznie jak się tylko dało. Miał pięćdziesiąt lat na karku, a nie miał pojęcia, cóż takiego mógł uczynić z rękoma, więc splótł ze sobą palce i stał tak jak kukła. Ani drgnął.
no rain,
no flowers.
no flowers.