W gruncie rzeczy przecież, jej urągliwy uśmiech patrona powracającego światła, nosił znamiona czegoś niebezpiecznego; czegoś, przed czym się uciekało, jak przed jadem czy toksyną i choć niewymowna pogoda ducha zawierała się gdzieś między jednym kącikiem a drugim – tchnęła woalką niebezpiecznego. Może gdyby silniej tłamsiła swoją drugą stronę monety, a duszy pozwoliła polatywać jak mary bezsenne – może wówczas zaskarbiałaby sobie więcej przychylnej sympatii. Bo przecież zależało jej na brylowaniu, na słodkich uśmiechach, delikatnych dygnięciach i tych przeklętych, roziskrzonych feerią barw oczach. W brązie tęczówek owijających źrenicę jasnym, piwnym nimbem, zawierały się tajemnice niewypowiedziane i sekrety brudne. Uśmiech był jedynym, co jej pozostało z nadgryzionej moralności, potrafił być jednak piekielny i ciąć jak nóż.
Nie zależało jej na krzywdzie Sary; prawdopodobnie była jedną z kapłanek kowenu, które kojarzyła z imienia, bardziej jednak przez wzgląd na wpływy jej matki, aniżeli faktyczne zainteresowanie. Uśmiech przestał tańczyć na jej wargach momentalnie, gdy skierowała się ku nieeleganckiej kanciapie na końcu galerii – wypełniał ją duszny zapach schnących farb olejnych i terpentyny, a przestrzeń zagospodarowana była płótnami o obrazach niedokończonych, bądź po prostu starych.
A w pozbawianiu dobroci była niechybną mistrzynią; wielu mężczyzn sprowadziła na manowce, na sam kraj jestestwa, chociaż nie imała się jej łatka femme fatale; swoim urokiem wiodła ich nad przepaść życiową, czyniąc przebrzydłymi czarnoksiężnikami i jednocześnie podwładnymi jej zaklętego w kapsule wspomnień uroku. Na opinii wszak, zależało jej umiarkowanie i wyznawała sowitą zasadę – nieważne, jak mówią, ważne, aby mówili. Dbałość o dobre imię było kwestią marginalną.
Patrzyła na Sarę przez ulotne sekundy, które powoli zmieniały się w spopielane minuty z uśmiechem tańczącym na ustach.
– Żeby poczuć gniew – zaczęła, powracając ku swojemu fotelowi – musisz najpierw poczuć strach – rzekła, a w jej słowach wybrzmiała nuta niezawoalowanego okrucieństwa, rozpościerającego swoje poły przed dziewczyną.
Wyjąwszy różdżkę spod marynarki, skierowała jej czubek ku Sarze. Urok, który rzucała, miał na celu zasianie w niej atawistycznego lęku; uderzyć w czułe struny. Przed jej oczami stanęło to, czego bała się doszczętnie – brata, który chwyciwszy za rączkę różdżki posyła zaklęcie niewybaczalne w kierunku niewinnej sklepikarki; to przeistoczyło się w nachalny obraz matki, krzyczącej, iż nikt nigdy jej nie pokocha; ostatnią puentą okazał się obraz martwego Murtagha.
Obserwowała jej mimikę, to, jak przechodziła od ciepła ognistej tancerki do martwej płyty nagrobnej. Wywoływanie lęku sprawiało jej sadystyczną przyjemność – nie była jednak przy tym nieludzka; zbudowana z krwi i kości, bardziej rzeczywista niż cokolwiek na świecie, zawisła nad osobą Sary, gdy opuszczała różdżkę.