Wstał. Laurent cofnął się bardziej w fotelu, chociaż zaczął się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby ten fotel opuścić i rzucić się do drzwi w nadziei, że wybiegnie stąd szybciej, niż ojciec zdąży go zatrzymać. Bo to miał właśnie ochotę zrobić. Uciec. Ucieczka była fatum, która go goniła, ale pomagała mu się uspokoić. Gdy głowa była bardziej pusta od emocji, kiedy serce tak nie waliło to łatwiej było do rozmowy wrócić. To był bardziej instynkt niż przemyślenia. Mimo to nie wstał i do biegu się nie rzucił bojąc się bardziej tego, co by było, gdyby uciec nie zdążył niż tego, co się stanie tu i teraz. Niż tego, że wstał. Oprócz cofnięcia w fotel przygarbił bardziej ramiona, uciekając nieco spojrzeniem z jego twarzy trochę na bok, skacząc nim z biurka, przez fotel, który opuścił, aż do jego sylwetki. By znowu zerknąć na twarz. Milczał. Czy naprawdę był bardzo zły? Może jednak nie? Nie krzyknął, nie zrobił żadnego ruchu, nie kazał spierdalać. Czasem jednak cisza była bardziej przerażająca od grzmotu. Kiedy szalała burza dokładnie wiedziałeś, czego się spodziewać i jak reagować. Nie wchodź pod wysokie drzewa, nie stój na otwartym polu, nie przebywaj przy wodzie - ona przyciąga te gromy. Kiedy dopiero widzisz burzowe chmury nie wiesz, czy zaraz pierwszy z piorunów nie uderzy właśnie w ciebie. Choć akurat w tym przypadku pierwsze z nich już strzeliły i zbierały swoje żniwo.
Trwała ta cisza, dopóki nie przerwał jej ruch ze strony Edwarda. Przeszedł wolno, z dumą, oddalając się od syna, żeby znowu stanąć na miejscu, które gloryfikowało jego władzę. Miejscu, z którego miał najlepsze spojrzenie na wszystko i wszystkich. Jego tron, z którego boskie komendy chyba musiały mieć już większą moc. W końcu zabłysnęły znowu jasne promienie.
Laurent przymknął powieki i odwrócił głowę od ojca, starając się nie kulić, tylko siedzieć wyprostowanym, starając się nie drżeć, tylko opanować ciało, starając się nie zamykać oczu.... wszystko z tego wychodziło po trochę. Marnie i mizernie, ale powieki w końcu otworzył i spojrzał w kierunku srebrzystowłosego mężczyzny, nie patrząc w jego twarz, w te ciemne, gniewne oczy, które nie mierzył w żadne drzewo, otwarte pola, czy wodę. Mierzyły w niego. Spoglądał na jego ręce, które opierał na biurku.
- P-przepraszam, ojcze. - Czemu to pytanie było takie trudne? I czemu miał odpowiadać za nich obojga? Przecież to wydawało się oczywiste - był przyjacielem, był rodzicem, był towarzyszem, był wsparciem. I był głową tego rodu. Zmusił swoje mięśnie do współpracy, żeby się wyprostować i minimalnie przesunął się w fotelu na jego kraniec, choć wcale nie chciał wydostawać się z tej pseudo bezpiecznej mikroprzestrzeni, jaką sobie wygospodarował. - J-jesteś tym... wszystkim... - Merlinie, jak mu to przekazać, jak mu to wyjaśnić? Paskudny uścisk w klatce piersiowej zaczął sprawiać, że jego oddech stał się nieregularny. Serce kuło. Poczuciem winy, że do tego doprowadził. Z następnymi słowami Edwarda był jeszcze gorzej. Podniósł błękitne oczy, w których zaklęto morskie, lazurowe wybrzeża, by spojrzeć ojcu w oczy. Naprawdę tak myślał? Że to... obrócenie w żart? - T-to nie t-tak, P-pandora na pewno chciała ci zr-obić niespodziankę, ojcze. Czekała n-na odpowiedni moment. A-a może ja źle zrozumiałem, m-może to był... żart... - Od strony Hjalmara i Dagura rzecz jasna. Opuścił znowu spojrzenie, czując, jak czerwienią mu się policzki ze stresu. Nerwowo przesuwał panokciami po skórkach na wypielęgnowanych dłoniach. - J-jesteś... niesprawiedliwy... - Powiedział cicho, nawet nie będąc pewnym, czy ojciec to dosłyszy. Na głośniejsze stwierdzenie nie miał odwagi w tej panice.