Vincent przyglądał się dziewczynce jeśli w ogóle można było ja tak określić, bo zdecydowanie dziewczynki nie przypominała. Nie zapominał jednak o jej wieku, bo była dzieckiem. Przyglądał się jej uważnie, aby zobaczyć jak mocno jej dowalił. W pierwszym momencie tarzania się nie za bardzo określił z kim się bije. Został zaatakowany, więc po prostu oddał, dopiero po chwili do niego dotarło, że była to dziewczyna, a potem, że trzecioklasistka, więc mógł na początku trochę mocniej ją potraktować. Zauważył siniaki, które powstawały na jej rękach. Szybko nimi ruszała, więc na tym nie skupiał. Adrenalina chyba schodziła, bo zaczął czuć jak nos mu z bólu pulsuje. Parę to ona miała.
– Oh, Longbottom. Świat nie jest tylko czarno biały – żachnął się, ale gdy dziewczyna zaczęła tłumaczyć mu na czym polega maść olśniło go. Genialne, że też sam nie zaczął czegoś takiego nosić ze sobą. Wyczyścił zaklęciem chusteczkę, która już nasiąkła krwią, zwilżył ją i pochylił się nad wyczarowanym przez Brenne lusterku w stoliku. Wyczyścił nos i posmarował go sobie maścią. Tak jak powiedziała; nie za dużo.
– Dobra dziecino – gdy już ogarnął nos, zignorował jej pytanie odnośnie tego, czy korzystał z maści, czy nie. Kiedyś miał z nią kontakt. Często kończył z obitą mordą, więc korzystał z różnych pomocy łagodzących ból i opuchliznę. Złapał jej ramię i spojrzał w oczy. – Powiem ci coś, czego nie możesz nikomu powtórzyć, bo jak to zrobisz rozkwaszę ci głowę na pierwszej lepszej ścianie. – zagroził. Oczywiście, że by tego nie zrobił. No może odrobinę by ją poturbował, aby wiedziała, że nie żartował. Nie chciał stracić swojej reputacji samotnika i wyrzutka bez ogłady. – Nie dręczyłem tamtego smarka, uwierz nie jestem troglodytą, którego bawi dręczenie dzieci. Pomogłem jej, a potem grzecznie wytłumaczyłem, że ma nikomu o tym nie mówić – odsunął się od Longbottom jeśli ta nie zrobiła niczego głupiego i oparł się znowu o ścianę.