17.10.2023, 00:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.10.2023, 11:12 przez Alexander Mulciber.)
Czyżbyś o mnie zapomniał? dźwięczało w głowie Mulcibera, kiedy wkroczył do hali widowiskowej, aby obejrzeć pojedynek o pizdę - wróć - o honor (?????) Loretty Lestrange, na który zresztą otrzymał osobiste zaproszenie, jak gdyby chodziło o jakieś wesele albo bal dobroczynny... Widać siedziba fundacji mieściła się między jej nogami, które w ramach akcji charytatywnej pozostawały szeroko otwarte dla wszelkiej maści przyjebów - w tym dla obecnej tu postaci Philipa Notta - kiedy choćby na chwilę spuścił ją z celownika swojego trzeciego oka. Tylko głupiec chciałby licytować jej wdzięki... Na szczęście, Axel cieszył się nimi za darmo.
Ale Philip Nott? Znowu się puściła z tym dupkiem, czy co? Przecież typ wyglądał, jakby pasty Fleetwooda do polerowania rączki od miotły używał zamiast lubrykantu i żelu do włosów zarazem. Ciekawe, czy użyłby jej też jako maści na ból dupy, gdyby ktoś wepchnął mu tę jego miotłę w...
Na początku pomyślał, że Loretta zaprasza go na orgię.
Cóż, mógł się pomylić. Loretta zawsze miała skłonność do egzaltacji. Lubowała się w takich wyszukanych metaforach, kiedy już do niego pisała (głównie wtedy, kiedy chciała go obrazić, albo właśnie wtedy, kiedy pragnęła mieć go przy sobie). Było coś szalenie pociągającego w sposobie, w jaki dobierała słowa - zawsze bardzo elegancka, niezależnie od tego, czy pojawiali się gdzieś publicznie czy skrywali się przed ciekawskimi spojrzeniami w jakimś ciemnym zaułku na Nokturnie - najciekawsze jak zawsze pozostało jednak to, co tkwiło niewypowiedziane między wierszami. Zaproszenie przeleżało na jego biurku ponad pół miesiąca, ale zapach perfum, jakimi zwykle skropiona była papeteria Loretty i tak owionął go całkowicie kiedy rozerwał znajomą pieczęć, posyłając na podłogę resztę nagromadzonej przez ostatnie tygodnie korespondencji.
Walka o honor Loretty Lestrange, słyszał, jak dyktują swoim samopiszącym piórom zgromadzeni wokół areny reporterzy. Machnął tylko ręką na kelnera, który proponował mu aperitif. I tak nie wyszedłby z domu trzeźwy, jak zawsze. Rozważał, czy nie wziąć ze sobą szwagierki, skoro jego kochanka zgromadziła całą salę ludzi debatujących o jej cnocie, ale Diana guzdrała się, a on nie mógł dłużej wytrzymać w ciasnym mieszkaniu.
Dookoła niego było za dużo bodźców, co nie wpływało zbyt korzystnie na jego samopoczucie. Przepalone od narkotyków styki w jego głowie też nie stykały tak do końca - czuł się nieco otumaniony, w końcu powrócił do rzeczywistości po krótkim L4 - ale dzięki zaproszeniu wszedł na halę bez problemu.
Nie tego spodziewał się tu zastać po powrocie.
Tępym wzrokiem przeszukiwał salę. Najszybciej rzuciła mu się w oczy Eden Lestrange - zawsze miał słabość do tej sadystycznej blondynki, choć skoro wżeniła się w rodzinę Lestrange’ów miała widocznie bardziej nasrane w głowie, niż on, a przecież oświadczał się Lorettcie już chyba z sześć razy, co prawda niepublicznie... - A zaraz obok niej nie kto inny, jak Vakel Dolohov (nic dziwnego, takie pokłady many od razu przyciągały wzrok) w towarzystwie kolejnej niezłej blondynki, która wyglądała tak młodo, że mogła być jego córką, no, no... A nie, to naprawdę jego córka, ups. Skinął mu głową, chociaż nie spodziewał się, by ten fircykowaty skurwysyn nawet zerknął w jego stronę - koszula Axela miała trochę zmarszczek po podróży, a znając pedanterię starszego wróżbity, pewnie myślał, że jeszcze czymś gotów się zarazić od typa, który ostatni miesiąc spędził chlejąc na umór w cygańskiej komunie. Jego spojrzenie gładko przesunęło się po elegancko ubranym mężczyźnie - czyżby jakimś nowym przydupasie Dolohova? - i kolejnej blondynce, w której żyłach niechybnie płynęła krew wili... Jakaś czarnowłosa piękność - Victoria Lestrange, czyż nie? - też czaiła się obok.
Reszty tłuszczy nie zamierzał na razie zaszczycać nawet najmniejszym ochłapem swojej uwagi, ponieważ nie byli Lorettą, a autorka zapomniała ustalić mu więcej relacji sory. Przez chwilę gotów był uwierzyć, że jej tu nie ma, że nawet dla niej ta farsa była zbyt absurdalną, że nawet jej umiłowanie do światła fleszy nie zmusi jej do zmieszania się z tym motłochem... Ale właśnie zaczęła boleć go głowa, jak zawsze, kiedy chodziło o Ettie. Cóż, Loretta była jego ulubionym bólem głowy. Zimne spojrzenie Alexandra ślizgało się po twarzach zgromadzonych w hali ludzi...
Wreszcie ją zobaczył. Czyżbyś o mnie zapomniał, znów zadzwoniło w jego głowie, ale miał już na to gotową odpowiedź: Kurwa, chciałbym. I zaraz skierował swoją kroki w jej stronę, przeklinając własną głupotę i chuć. Tylko u jej boku czuł się tu na miejscu.
Rzucił przepraszające / mordercze / puste spojrzenie do reszty npców orbitujących dookoła jego kobiety (nie zarejestrował ich twarzy, bo był jebanym debilem z przerostem ego - i zwyczajnie w świecie nie miał cierpliwości, by czekać, aż Lestrange skończy bajerować kolejnych debili - gdyby mieli jakiś problem, mogli dołączyć do zjebów bijących się na arenie, nara) i odciągnął Lorettę nieco na bok, chwytając ją za rączkę.
- Brakowało mi ciebie - rzucił tak beztrosko, jakby na co dzień składał jej takie deklaracje bez mrugnięcia okiem, jakby byli zwykłą parą zakochanych... Nawet nie wydawał się zły, że znowu upadła tak nisko, że wyrażenie kobieta upadła mogło być co najwyżej eufemizmem na jej obecną pozycję. W końcu i w upodleniu można było znaleźć pewien urok. A tego Loretta posiadała wiele.
- Byłem na odwyku. - Prawdę mógł wyznać potem. O ile w ogóle. Dotknął jej twarzyczki, gestem równie czułym co zaborczym. Na tym skończyła się wylewność Alexandra, phi. Tylko jego spojrzenie wędrowało od jej czerwonych ust, do oczu, które były najpiękniejsze, kiedy ciskały weń pioruny. - Tobie też by się przydał, skoro jesteś tak zdesperowana, że znowu skaczesz po jakimś tam kiju od szczotki Notta. - Ale wybaczę ci to tym razem, przemiędlil w głowie kolejny fragment listu. Och, jakże on nienawidził tej jej atencyjnej potrzeby pozostawania na ludzkich językach. A Alexander? Nawet nie zmienił swojego obojętnego tonu czy wyrazu twarzy od kiedy tu przyszedł. No, może parę głodnych iskierek zapaliło się w jego pustych oczętach.
- Jak było w Ameryce? - Czy łamiąc palce Leandrowi, złamałaś przy okazji wasze zaręczyny?
Ale Philip Nott? Znowu się puściła z tym dupkiem, czy co? Przecież typ wyglądał, jakby pasty Fleetwooda do polerowania rączki od miotły używał zamiast lubrykantu i żelu do włosów zarazem. Ciekawe, czy użyłby jej też jako maści na ból dupy, gdyby ktoś wepchnął mu tę jego miotłę w...
Na początku pomyślał, że Loretta zaprasza go na orgię.
Cóż, mógł się pomylić. Loretta zawsze miała skłonność do egzaltacji. Lubowała się w takich wyszukanych metaforach, kiedy już do niego pisała (głównie wtedy, kiedy chciała go obrazić, albo właśnie wtedy, kiedy pragnęła mieć go przy sobie). Było coś szalenie pociągającego w sposobie, w jaki dobierała słowa - zawsze bardzo elegancka, niezależnie od tego, czy pojawiali się gdzieś publicznie czy skrywali się przed ciekawskimi spojrzeniami w jakimś ciemnym zaułku na Nokturnie - najciekawsze jak zawsze pozostało jednak to, co tkwiło niewypowiedziane między wierszami. Zaproszenie przeleżało na jego biurku ponad pół miesiąca, ale zapach perfum, jakimi zwykle skropiona była papeteria Loretty i tak owionął go całkowicie kiedy rozerwał znajomą pieczęć, posyłając na podłogę resztę nagromadzonej przez ostatnie tygodnie korespondencji.
Walka o honor Loretty Lestrange, słyszał, jak dyktują swoim samopiszącym piórom zgromadzeni wokół areny reporterzy. Machnął tylko ręką na kelnera, który proponował mu aperitif. I tak nie wyszedłby z domu trzeźwy, jak zawsze. Rozważał, czy nie wziąć ze sobą szwagierki, skoro jego kochanka zgromadziła całą salę ludzi debatujących o jej cnocie, ale Diana guzdrała się, a on nie mógł dłużej wytrzymać w ciasnym mieszkaniu.
Dookoła niego było za dużo bodźców, co nie wpływało zbyt korzystnie na jego samopoczucie. Przepalone od narkotyków styki w jego głowie też nie stykały tak do końca - czuł się nieco otumaniony, w końcu powrócił do rzeczywistości po krótkim L4 - ale dzięki zaproszeniu wszedł na halę bez problemu.
Nie tego spodziewał się tu zastać po powrocie.
Tępym wzrokiem przeszukiwał salę. Najszybciej rzuciła mu się w oczy Eden Lestrange - zawsze miał słabość do tej sadystycznej blondynki, choć skoro wżeniła się w rodzinę Lestrange’ów miała widocznie bardziej nasrane w głowie, niż on, a przecież oświadczał się Lorettcie już chyba z sześć razy, co prawda niepublicznie... - A zaraz obok niej nie kto inny, jak Vakel Dolohov (nic dziwnego, takie pokłady many od razu przyciągały wzrok) w towarzystwie kolejnej niezłej blondynki, która wyglądała tak młodo, że mogła być jego córką, no, no... A nie, to naprawdę jego córka, ups. Skinął mu głową, chociaż nie spodziewał się, by ten fircykowaty skurwysyn nawet zerknął w jego stronę - koszula Axela miała trochę zmarszczek po podróży, a znając pedanterię starszego wróżbity, pewnie myślał, że jeszcze czymś gotów się zarazić od typa, który ostatni miesiąc spędził chlejąc na umór w cygańskiej komunie. Jego spojrzenie gładko przesunęło się po elegancko ubranym mężczyźnie - czyżby jakimś nowym przydupasie Dolohova? - i kolejnej blondynce, w której żyłach niechybnie płynęła krew wili... Jakaś czarnowłosa piękność - Victoria Lestrange, czyż nie? - też czaiła się obok.
Reszty tłuszczy nie zamierzał na razie zaszczycać nawet najmniejszym ochłapem swojej uwagi, ponieważ nie byli Lorettą, a autorka zapomniała ustalić mu więcej relacji sory. Przez chwilę gotów był uwierzyć, że jej tu nie ma, że nawet dla niej ta farsa była zbyt absurdalną, że nawet jej umiłowanie do światła fleszy nie zmusi jej do zmieszania się z tym motłochem... Ale właśnie zaczęła boleć go głowa, jak zawsze, kiedy chodziło o Ettie. Cóż, Loretta była jego ulubionym bólem głowy. Zimne spojrzenie Alexandra ślizgało się po twarzach zgromadzonych w hali ludzi...
Wreszcie ją zobaczył. Czyżbyś o mnie zapomniał, znów zadzwoniło w jego głowie, ale miał już na to gotową odpowiedź: Kurwa, chciałbym. I zaraz skierował swoją kroki w jej stronę, przeklinając własną głupotę i chuć. Tylko u jej boku czuł się tu na miejscu.
Rzucił przepraszające / mordercze / puste spojrzenie do reszty npców orbitujących dookoła jego kobiety (nie zarejestrował ich twarzy, bo był jebanym debilem z przerostem ego - i zwyczajnie w świecie nie miał cierpliwości, by czekać, aż Lestrange skończy bajerować kolejnych debili - gdyby mieli jakiś problem, mogli dołączyć do zjebów bijących się na arenie, nara) i odciągnął Lorettę nieco na bok, chwytając ją za rączkę.
- Brakowało mi ciebie - rzucił tak beztrosko, jakby na co dzień składał jej takie deklaracje bez mrugnięcia okiem, jakby byli zwykłą parą zakochanych... Nawet nie wydawał się zły, że znowu upadła tak nisko, że wyrażenie kobieta upadła mogło być co najwyżej eufemizmem na jej obecną pozycję. W końcu i w upodleniu można było znaleźć pewien urok. A tego Loretta posiadała wiele.
- Byłem na odwyku. - Prawdę mógł wyznać potem. O ile w ogóle. Dotknął jej twarzyczki, gestem równie czułym co zaborczym. Na tym skończyła się wylewność Alexandra, phi. Tylko jego spojrzenie wędrowało od jej czerwonych ust, do oczu, które były najpiękniejsze, kiedy ciskały weń pioruny. - Tobie też by się przydał, skoro jesteś tak zdesperowana, że znowu skaczesz po jakimś tam kiju od szczotki Notta. - Ale wybaczę ci to tym razem, przemiędlil w głowie kolejny fragment listu. Och, jakże on nienawidził tej jej atencyjnej potrzeby pozostawania na ludzkich językach. A Alexander? Nawet nie zmienił swojego obojętnego tonu czy wyrazu twarzy od kiedy tu przyszedł. No, może parę głodnych iskierek zapaliło się w jego pustych oczętach.
- Jak było w Ameryce? - Czy łamiąc palce Leandrowi, złamałaś przy okazji wasze zaręczyny?
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat