17.10.2023, 00:34 ✶
– Cześć – przywitała się, podnosząc głowę, kiedy Orion zbliżył się do stolika. Wyglądał na mniej więcej tak wyspanego i wypoczętego, jak ona się czuła: czyli wcale. Wcale nie była zła, że wpadł tu w ostatniej chwili, ona przyszła ot moment wcześniej, a też siedziała dziś dłużej, bo do pracy wcześniej przyszła i nieco później wyszła… Po Beltane było to coś normalnego w ich Departamencie, a każdy, kto tego nie robił, stawał się wręcz podejrzany. Jeśli dostrzegła, że musiał tutaj biec, to nie dała tego po sobie poznać. – Nie przejmuj się. Ktoś wrobił cię we własne raporty? Powinieneś go trzepnąć, wszyscy mamy teraz za dużo roboty, żeby robić ją za leni.
Alek zdawał się wypełniać takie dość często. Brenna poproszona o pomoc pewnie też nie zdołałaby odmówić… ale zwykle starała się nie sprawiać takiego wrażenia, jakby była skłonna za kogokolwiek je wypełniać.
– Może zaczniesz od kawy? Mają świetne espresso – powiedziała, unosząc własną filiżankę. Zdawało się jej, że Bulstrode bardzo tego napoju życia teraz potrzebuje. Ją samą ta kawa ratowała, zważywszy na to, że jeden dyżur zakończyła tak koło drugiej w nocy, a drugi zaczęła tak koło szóstej. Chyba. Godziny zaczęły się jej zlewać w jedno. Ale sama była sobie winna, nie powinna brać tego nocnego patrolu. – Tematu… tak, najpierw sprawy najpilniejsze – przyznała z poważną miną, po czym sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła z niej kartę. Z czekoladowej żaby.
Spoglądała z niej ciemnowłosa, jasnooka, piękna kobieta – z pewnością znana komuś z Domu Krukonów. Rowena Ravenclaw. Z tyłu znajdował się krótki opis jej biografii.
– Pytałeś, od czego zacząć. Jako prawdziwy Krukon, od tego. Mam ich jeszcze siedem, więc mogę ci jedną podarować, na dobry początek kolekcji – oświadczyła Brenna, a udawana powaga prysła, ustępując miejsca uśmiechowi. Ten jednak spełzł z jej ust równie szybko jak się pojawił, ledwo przesunęła kartę po blacie ku aurorowi. Bo tak naprawdę temat, o którym mieli rozmawiać, nie był wesoły. Wręcz przeciwnie. I Brenna wprawdzie dowiedziała się dziś o nim niechcący bardzo dużo, ale wciąż była ciekawa, co ma do powiedzenia Orion.
Przesunęła różdżką, leżącą po blacie, ot rzucając zaklęcie wygłuszające. Długo nie potrwa, ale utrudniało przez chwilę podsłuchiwanie. Choć nie to, że Brenna zamierzała krzyczeć…
– Widma z lasu, wysysające życie z ofiar… a także podobno dusze i energię z ciał, tak że zdają się stare, jakby należały do ludzi zmarłych przed wielu, wielu laty – powiedziała. Nie była pewna, ile informacji już zdążył wymienić z Atreusem. – Zetknęłam się z nimi. Więcej niż raz – stwierdziła, i tym razem machnęła teczką, którą ze sobą przyniosła. – Zdaje się, że natknąłeś się na dwie z ich ofiar. Pytanie, ile już wiesz? Nie ma sensu, żebym się powtarzała.
Alek zdawał się wypełniać takie dość często. Brenna poproszona o pomoc pewnie też nie zdołałaby odmówić… ale zwykle starała się nie sprawiać takiego wrażenia, jakby była skłonna za kogokolwiek je wypełniać.
– Może zaczniesz od kawy? Mają świetne espresso – powiedziała, unosząc własną filiżankę. Zdawało się jej, że Bulstrode bardzo tego napoju życia teraz potrzebuje. Ją samą ta kawa ratowała, zważywszy na to, że jeden dyżur zakończyła tak koło drugiej w nocy, a drugi zaczęła tak koło szóstej. Chyba. Godziny zaczęły się jej zlewać w jedno. Ale sama była sobie winna, nie powinna brać tego nocnego patrolu. – Tematu… tak, najpierw sprawy najpilniejsze – przyznała z poważną miną, po czym sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła z niej kartę. Z czekoladowej żaby.
Spoglądała z niej ciemnowłosa, jasnooka, piękna kobieta – z pewnością znana komuś z Domu Krukonów. Rowena Ravenclaw. Z tyłu znajdował się krótki opis jej biografii.
– Pytałeś, od czego zacząć. Jako prawdziwy Krukon, od tego. Mam ich jeszcze siedem, więc mogę ci jedną podarować, na dobry początek kolekcji – oświadczyła Brenna, a udawana powaga prysła, ustępując miejsca uśmiechowi. Ten jednak spełzł z jej ust równie szybko jak się pojawił, ledwo przesunęła kartę po blacie ku aurorowi. Bo tak naprawdę temat, o którym mieli rozmawiać, nie był wesoły. Wręcz przeciwnie. I Brenna wprawdzie dowiedziała się dziś o nim niechcący bardzo dużo, ale wciąż była ciekawa, co ma do powiedzenia Orion.
Przesunęła różdżką, leżącą po blacie, ot rzucając zaklęcie wygłuszające. Długo nie potrwa, ale utrudniało przez chwilę podsłuchiwanie. Choć nie to, że Brenna zamierzała krzyczeć…
– Widma z lasu, wysysające życie z ofiar… a także podobno dusze i energię z ciał, tak że zdają się stare, jakby należały do ludzi zmarłych przed wielu, wielu laty – powiedziała. Nie była pewna, ile informacji już zdążył wymienić z Atreusem. – Zetknęłam się z nimi. Więcej niż raz – stwierdziła, i tym razem machnęła teczką, którą ze sobą przyniosła. – Zdaje się, że natknąłeś się na dwie z ich ofiar. Pytanie, ile już wiesz? Nie ma sensu, żebym się powtarzała.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.