Jak widać wiele zależało od tego, czego było im dane doświadczyć w przeszłości. Geraldine okropnie bała się przywiązania, bała się, że kiedyś pokocha kogoś tak mocno, że zatraci przez to siebie. Skąd się to u niej wzięło? Sama zapewne nie potrafiłaby stwierdzić. Tak bardzo kochała wolność, że nie umiała sobie wyobrazić, że coś mogłoby ją ograniczać w jakikolwiek sposób. Wiadomo, różnie bywało, czasem brakowało jej kogoś bliskiego, bo dobrze było mieć do kogo się odezwać wieczorem, gdy wracała z lasu okropnie zmęczona, bywało, że i prawie martwa, ale nie odważyła się jednak jak do tej pory zaangażować za bardzo. Miała tendencje do uciekania, kiedy robiło się zbyt poważnie. Czasami tego żałowała. Nacisk rodziny na to, aby znalazła sobie wreszcie męża spowodował, że broniła się przed tym rękoma i nogami. Nie zamierzała tego zmienić. Zapewne nie mieliby problemu, gdyby sama sobie kogoś znalazła, zaczęli nawet akceptować Theseusa, który często był jej towarzyszem podczas wszystkich rodzinnych spędów, tyle, że nie potrafili zrozumieć, że jest tylko i wyłącznie jej przyjacielem. Zabawne, że nie bała się przyjaźni, dbała o te kilka jednostek jak tylko potrafiła. Większość z nich to byli mężczyźni, jednak nigdy nie dopuszczała nikogo zbyt blisko, ciekawe ilu osobom złamała serce uciekając w siną dal przez te swoje demony.
- To dobrze. - Odparła odruchowo, bo bała się, że powiedziała coś nie tak. - Znaczy nie dobrze, że coś cię ukłuło, ale dobrze, że to nie przez moje słowa. - Wolała sprostować, bo dopiero, kiedy usłyszała, jak to zabrzmiało dotarło do niej, że te słowa mogły zostać odebrane w różny sposób. Typowa Gerry, miała tendencje do zbyt szybkiego wypowiadania słów, bez zastanowienia, co kończyło się różnie i często było interpretowane w nie do końca taki sposób, o jaki jej chodziło. Nauczyła się więc często dodawać po prostu wyjaśnienia, żeby nie było niedomówień. Przez to mogło się wydawać, że jest bardzo konkretna i dosyć szorstka.
Nie zamierzała ciągnąć tego tematu. Usłyszała odpowiedź, która wystarczyła do tego, żeby go porzucić. Gdyby wiedziała, co chodzi mu po głowie? Pewnie sama nie do końca umiałaby zareagować i po prostu stwierdziła, że coś mu się na pewno przywidziało i że nie jest odpowiednią osobą, na szczęście nie wiedziała, bo jeszcze zareagowałaby zupełnie inaczej niż się jej wydawało. Siedzący przed nią mężczyzna miał w sobie bowiem sporo uroku, o czym jednak nie miała zamiaru mówić w głos. Zbyt krótko się znali, może jeszcze kiedyś o tym wspomni. W zależności, jak będzie przebiegała ich współpraca.
Każdy znajdował sobie jakąś drogę, którą podążał. Życie często bywało przytłaczające, nie wszystkie metody, które ludzie wybierali, aby na chwilę zapomnieć były zdrowe. Niektórzy uciekali w alkohol, silniejsze substancje, Geraldine kochała ryzyko. W takich sytuacjach znajdowała sobie trudnego przeciwnika do pokonania i biegła do lasu. Nie liczyło się wtedy nic więcej jak tropienie ofiary, walka, a później trofea. Tryptyk, który zawsze wyglądał w ten sam sposób. Dla jednych obrzydliwy, dla niej coś, co kochała najbardziej.
Nie zawsze rozumiała żarty, przez lata wiele razy była traktowana bardzo lekceważąco przez co często traktowała je jako atak w swoim kierunku. Nawet jeśli rozmówca nie miał nic złego na myśli. Był to jej naturalny odruch. Nie sądziła, że jedno słowo może mieć dla kogoś tak wiele znaczenia. Martwiła się o bliskich, nie wstydziła się o tym mówić, tutaj również wydawało jej się ono idealnie pasować, do tego, co mogła poczuć w tej chwili. Nie chciałaby, żeby stała mu się krzywda, tak po prostu. Wydawał się jej być całkiem przyjemnym osobnikiem, i tak znała go może chwilę, ale jej przeczucia raczej nigdy jej nie myliły. O tym nawet nie zamierzała dyskutować. Usłyszała prychnięcie i dostrzegła ten uśmiech, który pojawił się na jego twarzy. Nieco wybiło ją to z pantałyku, bo nie umiała stwierdzić, jaką miał intencję, nie wiedziała, co się właściwie tutaj wydarzyło, ale wolała o to jednak nie dopytywać. Może kiedyś jej to wyjaśni. Wbrew pozorom, pomimo tego, że Yaxley sprawiała wrażenie raczej dosyć szorstkiej i chłodnej, to tam w głębi, pod całą stertą warstw można było znaleźć sporo ciepła, którym była w stanie dzielić się z innymi.
Nie sądziła, że jej śmiech spowoduje, że smooczognik podniesie się z pozycji leżącej. Pewnie by się nad tym wcześniej zastanowiła, nie chciała mu przeszkadzać w odpoczynku. Musiała jednak zareagować, musiała zwrócić jego uwagę na problem, którego nie dostrzegał. Było to ważne, aby zdał sobie sprawę, że na polowaniu to ona musiała być dowodzącą. Nie wyobrażała sobie, żeby ktoś mógł negować jej zdanie, kiedy szedł z nią do lasu. Wolała nie zabierać ze sobą takiej osoby, bo było to dosyć ryzykowne. Zdawała sobie sprawę, że czasami, niektórzy mogli nie do końca wiedzieć, jak to wszystko wygląda. Przecież mieli tylko pójść do lasu, znaleźć stwora, zabić go i wrócić. Nic skomplikowanego, ale w tym bardzo krótkim planie wiele rzeczy mogło pójść nie tak, i ona bardzo dobrze o tym wiedziała. Wystarczyła chwila nieuwagi, a nieszczęście było gwarantowane.
Jeśli chodzi o Ger, to jej również nie brakowało pewności siebie, bywały jednak momenty, jak ten, który mógł zobaczyć przed chwilą, że zaskakiwały ją reakcje innych. Wtedy bardzo łatwo można było spowodować jej zmieszanie, chwilową niepewność. Trochę przesadnie zareagowała, kazanie było raczej jednym z tych w stylu jej matki nie jej, jednak gdy chodziło o polowania to emocjonowała się aż zanadto. Chyba każdy tak miał ze swoją pracą, o ile ją lubił chociaż trochę. Panna Yaxley swoją uwielbiała, co można było zauważyć po tym jej monologu i traktowała bardzo poważnie i odpowiedzialnie, co było nawet zabawne - jako chyba jedyną rzecz w całym swoim życiu.
Rozluźniła się, gdy zobaczyła, że nieco uniósł ręce. Jej kazanie zadziałało, co potwierdziły słowa Esmé. Nie chciała, żeby w powietrzu panowała nieprzyjemna atmosfera, miała wrażenie, że trochę za bardzo popłynęła, posłała mu więc przyjazny uśmiech, aby złagodzić trochę całą sytuację. - Przepraszam, trochę popłynęłam. - Zaczęła od tego, bo wydawało jej się, że nieco przesadziła. - Jednak dokładnie o to mi chodzi. - Cieszyło ją to, że zrozumiał dokładnie, co miała na myśli. Może jednak nie była takim fatalnym mówcą, jak jej się wydawało? - Ja nie ucierpię, a wolałabym, żeby tobie nic się nie stało, to byłaby ogromna strata. - Mogli się tak przekomarzać przez cały dzień, czyje życie było ważniejsze, kto mógłby tutaj bardziej ucierpieć. Miała wrażenie, że znalazła sobie godnego przeciwnika do odbijania piłeczki, co nawet trochę jej się spodobało. Nie wszyscy byli chętni do wchodzenia z nią w dłuższe przepychanki słowne.
Faktycznie dosyć lekceważąco tym razem ona podeszła do skomentowania tego, o czym mówi. Chciała mu jednak dać do zrozumienia, że gadżety, magiczne artefakty to jedynie dodatek. Najważniejsze było silne ciało, które miało nim władać. Nie chciała, żeby go to mocno zabolało, zdawała jednak sobie sprawę, że mogło tak być. W końcu trochę go zaatakowała tymi słowami. Oczywiście nie miała nic złego na myśli, tylko nieco zbyt szybko przeszła do meritum i trochę nie doceniła przedmiotów, które tworzył. Gdyby jednak było tak naprawdę, czyżby w ogóle się tutaj znalazła i zaczynała tę współpracę? Pewnie nie.
- Wybacz, to się więcej nie powtórzy. - Musieli nauczyć się współpracować i reagować odpowiednio na swoje dziedziny. Zwróciła na to uwagę przy tym delikatnym ścięciu, następnym razem nieco bardziej się skupi na słowach, które wypowiadała, bo faktycznie nie zabrzmiało to zbyt miło, mimo tego, że nie miała nic złego na myśli. Sądziła, że akurat jej przedmioty, które tworzył Rowle mogłyby naprawdę ułatwić życie i przydać się podczas polowań. Tyle, że nie zastępowały sprawności fizycznej, powinna jednak ująć to w trochę grzeczniejszy sposób. No, ale trudno. Miała nadzieję, że nie będzie żywił do niej urazy.
Mężczyzna zareagował dosyć szybko, kiedy wspomniała o swojej sprawności fizycznej. Smoczoognik musiał zakończyć swoją drzemkę. Odleciał właściwie nie wiadomo gdzie, kiedy Esmé raptownie się podniósł. Gerry nie zdążyła się nawet obejrzeć, kiedy wzbił się w powietrze i zniknął im z oczu. Całe swoje zainteresowanie skierowała na towarzyszącego jej mężczyznę. Czuła, że z każdą minutą stają się sobie bliżsi, nie umknęło jej oczywiście, że zwrócił się do niej mniej oficjalnie, czyli tak, jak lubiła najbardziej - tego jednak nie wiedział, co tylko jeszcze bardziej ją satysfakcjonowało. - Mam swoje sztuczki. - Czy powinna mu w tym momencie wspomnieć o tym, że jest animagiem, czy jednak warto było zostawić jakiegoś asa w rękawie, żeby jeszcze w przyszłości móc go zaskoczyć? Animagia ułatwiała jej polowania, mogła podejść bliżej stworzeń praktycznie nie zauważona, oczywiście nie pracowała zawsze w ten sposób, jednak były przypadki, gdy musiała korzystać z tej umiejętności. Zresztą nie bez powodu spędziła tyle czasu na nauce tej dosyć trudnej zdolności. - Potrafię się powstrzymać, czasem bywa to dosyć męczące, jednak kiedy jestem w lesie, zaczynam podążać za śladami to zapominam o tym, żeby palić. Nie masz tak czasem kiedy pracujesz, że wpadasz w taki ciąg pracy, że ignorujesz głód, pragnienie? - Zapytała ciekawa, czy u niego wygląda to podobnie.
Westchnęła ciężko, kiedy usłyszała kolejne słowa, które padły z jego ust. Schowała nawet na moment twarz w dłoniach, zupełnie ją zaskoczył tym, co mówił. Zresztą nie pierwszy raz tego dnia, jednak teraz, teraz naprawdę zupełnie ją to znokautowało. Nie spodziewała się bowiem, że będzie w stanie wykrzesać z siebie tyle komplementów. Miała nadzieję, że to nie są żarty, bo wtedy pewnie troszkę ukłuło by ją serduszko. - Teraz muszę spełnić wszystkie twoje prośby, skoro już tak ładnie o mnie mówisz. - Mógł dostrzec błysk w jej oczach, bo te słowa faktycznie dodawały jej skrzydeł. Dobrze było wiedzieć, że ktoś faktycznie wierzył w jej umiejętności. Mimo, że nie wiedział, czy faktycznie jest w tym wszystkim taka dobra, jak o tym opowiadała.
- To miód na moje serce. - Po raz kolejny wydawało się jej, że naprawdę wiele ich łączy. Miała wrażenie, że wreszcie trafiła na odpowiednią osobę. Niesamowicie ją to cieszyło. Nie wyglądał jej na kogoś, kto zadawałby zbyt wiele pytań, zresztą ona również nie miała tego w zwyczaju. - Możesz do mnie mówić, jak tylko masz ochotę, partnerze. - Nie miała z tym najmniejszego problemu, sama nie znosiła tych wszystkich konwenansów, których pilnowała jej matka. Miała wrażenie, że powodują niepotrzebny dystans.
Wtedy poczuła zapach dymu, dopiero po chwili dostrzegła również skąd dochodził. Ktoś tu najwyraźniej zaczął się nudzić i postanowił przypomnieć o swojej obecności. Zastanawiała się, czy powinna zareagować, jej towarzysz był jednak szybszy. Po chwili bowiem znalazł się przy niesfornym smoczoogniku. Postanowiła jednak wstać i podejść do nich. Powoli uniosła się na nogi i ruszyła w stronę lady, oparła się o nią tuż przed nimi. - Nie chciałam, żebyś się poczuł zazdrosny mały, mam nadzieję, że mi wybaczysz. - Odezwała się do stworzenia, które siedziało na barku mężczyzny. Po chwili przeniosła spojrzenie na jego właściciela, nie skomentowała jednak jak na razie w żaden sposób jego słów, zdawał sobie sprawę, że wszystko słyszała. Bardzo łatwo przychodziło mu komplementowanie jej osoby, co właściwie nawet zaczęło jej się podobać, chociaż nie była do tego przyzwyczajona. - Postaram się nie kraść więcej uwagi twojemu towarzyszowi. - Powiedziała jeszcze cicho, szkoda by było, żeby Beksa podpalił to miejsce.
Obserwowała, jak Esmé sprytnie radzi sobie z ogniem. - Widać, że masz doświadczenie. - Postanowiła to jeszcze skomentować, bo naprawdę szło mu wyśmienicie. Ona raczej nie byłaby w stanie zgasić żaru palcami, na samą myśl o takiej sztuczce zaczęły ją piec palce.
- Wiem, że niektórzy lubią się bawić w ten sposób, nie sądziłam jednak, że zajmujesz się również szyciem takich rzeczy. - Wyglądało jej na coś, w czym można by było zapiąć człowieka, a chcąc nie chcąc to sugerowało jej jednak tylko i wyłącznie jeden kierunek myśli. - Powiedz mi proszę jednak, że to jest dla testrala, czy innego magicznego konia. - Przywróciłoby to jej wiarę w ludzi.