Przewrócił oczami na jej słowa, bo uważał już dawno, że świat nie może być tylko dobry, ani tylko zły. Na świecie musi być więcej barw, bo inaczej nic nie miałoby znacznie. Dobro bez zła nie istnieje i na odwrót. Nie chciał jednak jej tego tłumaczyć, dziewczyna miała mocny charakter i dopiero jak opuści szkołę dowie się tego jak działa świat. Vincent już siedział od roku w świecie dorosłych, uczył się od starszego brata, obserwował swojego ojca. Był wprowadzany w świat, który nie był usłany różami. Nie wracał do domu i nie bawił się samochodzikami. Uczestniczył w tym, w czym dzieci raczej w jego wieku nie powinny uczestniczyć. Z pozoru jego rodzina nie była szczególnie zła, ale za kurtyną działo się wiele. Longbottomowie byli akurat tym rodem, który miał ogromny kompas moralny nie podatny na manipulacje, ani ustępstwa. Jego rodzina nie raz się o tym przekonała, a Edward wspominał mu o tym dosyć często. Wiedział też już o kłusownikach i przyglądał się temu zagadnieniu, ale tylko z daleka, bo nie miał wystarczającej wiedzy, ani siły, aby temu się sprzeciwić.
Chciał na takiego łotra wyglądać, chciał, aby ludzie go tak postrzegali, chciał być straszny, wredny, odpychający, bo nie lubił przebywać wśród ludzi. Nie ufał im, nie rozumiał ich postępowania, nie chciał ich nawet rozumieć. Nawet to, że jacyś starsi chłopacy atakowali jakąś zwykłą mugolaczkę, która tylko szła z jednego miejsca do drugiego. Nie jej wina, że miała w sobie magię, nie jej wina, że dostała list z Hogwartu. Uważał, że uczenie panowania nad magią mugolaków było najlepszym, co wymyślili czarodzieje, bo lepiej mieć nad tym kontrolę niż zniszczyć świat przez głupotę. Nie był jednak na tyle odważnym, albo mądrym, aby się temu sprzeciwić, więc po prostu atakował takie dzieciaki, przepędzał pod pretekstem, że bez jego zgody nic takie nie będzie miało miejsca, bo to on jest od dręczenia innych. Wolał, aby go postrzegano jako tego złego.
Usta Prewetta wygięły się tylko w cynicznym uśmiechu, gdy ta zagroziła mu Azkabanem. Najgorsze, że miała rację, ale miał nadzieję nigdy się tam nie pojawić – nawet jako gość. Miejmy jednak nadzieję, że Brenna nigdy nie będzie zmuszona do tego, aby go zamykać, wysyłać do więzienia, miejmy nadzieję, że pomimo różnego środowiska uda się im sobie nawzajem nie przeszkadzać, a może nawet będą mogli współpracować mimo tych delikatnych różnic.
– Za kogo ty mnie masz? – oburzył się; może odrobinę zbyt teatralnie, bo do poważnej osoby mu daleko. – Nie jestem psychopatą. Mała i tak była już wystarczająco przestraszona. Zasugerowałem jej jednak, że rozpowiadanie o tej sytuacji innym nie skończy się dobrze. Wiesz, mój urok osobisty robi robotę – mrugnął do niej i przyglądał się temu jak zbiera swoje rzeczy do kieszeni. Chyba będzie musiał też coś takiego swojej krawcowej podsunąć.
– Skąd masz tą maść? – zapytała szczerze zainteresowany.