Uważne spojrzenie zdenerwowanej kobiety tkwiło w dwóch sylwetkach będących teraz zbyt blisko siebie. Jej policzki były rumiane od adrenaliny, którą pompowała jej krew i gotowa była do każdego, każdego ruchu, żeby obronić Avelinę. Problemem nie był Rookwood z magią bezróżdżkową, cokolwiek planował była w stanie stawiać mu opór - w to przynajmniej wierzyła. Problemem było to, że między nią a Rookwoodem była jej przyjaciółka ze szkolnych lat. Z tym, że... nie przerażona? Niewiasta przesunęła ostrożnie nogę w bok, przypatrując się aurom, kolorom, które zaczęły krążyć wokół nich. Niciom, jakimi byli zaplecieni. Poświęciła temu swoje skupienie, a raczej - chciała poświęcić, jeśli trwali w chwilowym zastoju. W tej ciszy. To nie był czas i miejsce na unoszenie się dumą czy wykłócanie o pierdoły, przecież tutaj ważyć się mogło życie... ach, nawet jeśli nie byłaby to Avelina, to przecież nikogo nie zostawiłaby w rękach Rookwooda! Nie była pewna, czy to o nim mówiła Brenna, ale to nie miało znaczenia. Zbyt wiele rodzin czystej krwi o szemranych reputacjach pokazało już, że niedaleko pada jabłko od jabłoni i chociaż nie chciała nikogo katalogować, wrzucać do worków, z których potem nie można było się wydostać, to nie zamierzała też dać sobie (a tym bardziej komuś bliskiemu) wbić noża pod żebra przez nieuwagę, przez lekkomyślność, przez nadmierne zaufanie obcej osobie. Niebezpiecznej przy okazji - bo dalej nie rozumiała, co się działo i nie miała pojęcia, z kim tak naprawdę miała do czynienia. Przede wszystkim również - do czego był zdolny.
Dani już chciała zareagować, rzucając zaklęcie, które miało odrzucić różdżkę od dłoni Rookwooda, który po nią sięgnął, kiedy Avelina naprawdę stanęła między nimi i przysłoniła im widok. Puściła chwilowo mimo uszu wyzwisko Augustusa - mógł sobie kłapać swoim dziobem, ile chciał. Znała swoją wartość, a jego prowokacje w tym momencie były tak samo uszczypliwe jak ugryzienie komara. Może potem zacznie swędzieć - ale zaboli dopiero, jeśli przez jej nieuwagę cokolwiek stanie się tutaj Avelinie.
- Ave, proszę! - Odezwała się ze ściśniętym gardłem, mając wrażenie, że wpada już w chrypkę od ogarniającego ją napięcia. Czy tutaj naprawdę miała zapaść jakakolwiek zgoda? Danielle gwałtownie przeciągnęła różdżką w powietrzu, sprawiając, że wyczarowany sznur spopielił się w powietrzu, kiedy zaklęcie zostało bardzo sprawnie przez medyczkę skontrowane. Zupełnie, jakby przychodziło jej to tak samo lekko jak oddychanie. To nie była prawda. Choć... może tutaj po prostu działała siła wyższa, która kazała jej chronić Avelinę. Przy czym... Avelina okazała się chcieć chronić samą siebie. Gotowa była rzucić zaklęcie paraliżujące, albo wytrącić mu różdżkę z ręki, ale widok przyjaciółki gryzącej w dłoń swojego, jak sądziła, oprawcę... Słowa, które wypowiadała, niby brzmiały, niby docierały, ale chyba trochę wypływały drugą stroną. Nie potrafiły osiąść skutecznie w umyśle.
- Jak to ci nie zagraża! - Nie opuszczała różdżki, nie mogłaby się nawet na to zdobyć, a przed miotnięciem zaklęcia powstrzymywały ją tylko słowa i to, że wpadło to na jakąś dziwną szarpaninę... Danielle ruszyła w kierunku Aveliny, chcąc ją złapać i schować za swoimi plecami, korzystając z tego zamieszania, które jej przyjaciółka sama stworzyła.
Sukces!
Sukces!