Vincent był tego pewny, że jej do niczego nie przekona. Wiedział, że dzieci były uparte, a Brenna pomimo swojego wzrostu, siły i ciętego języka nadal była dzieckiem. Tak samo i on. Mimo to polubił ją za to, że wiedziała czego chciała. Prewettowie nie przepadali za Longbottomami, ale Vincent nie zwracał na to uwagi – on sam szukał dla siebie miejsc, w których mógłby coś uzyskać. Tutaj połączył ich czysty przypadek, nadpobudliwość młodszej dziewczyny i pech Vincenta.
– Ty to co innego. Widać, że jesteś z twardej gliny ulepiona – oczywiste było, że sobie żartował z roztrzaskaniem jej głowy. W szkole dużo gadał, dużo groził, ale niewiele słów miało pokrycie, bo byli w małej, zamkniętej bańce. Nie miał tu władzy, władzę mieli nauczyciele i dyrekcja. On był tylko malutkim pionkiem, którego by posadzono szybko na miejscu, albo wydalono.
– To na nas już pora. – odpowiedział i odbił się od ściany – Nie zrobiłem ci za bardzo krzywdy nie? Normalnie nie tłukę się z młodszymi, ale mnie zaskoczyłaś – wyjaśnił. Nie był złym chłopakiem, miał jeszcze jakieś resztki sumienia i nie chciał też być uznawany za damskiego boksera. – Nikomu o tym nie powiesz, jasne? – zapytał delikatnie nawet stwierdzając niż pytając.