List posunął prędko w przestworzach, niesiony przez sowę podniebnymi arkanami, aby trafić do Flinta nie później, niż na dwa dni przed ich skąpanym w wiosennym soku spotkaniem; nigdy nie pozwalała sobie na naglenie zbyt późne o swoistą pogawędkę, bo choć wybuchowa i uparta w swej mikrej krasie, szanowała cudzy czas nieomal tak bardzo, jak swój własny. Westchnięcie więc, które opuściło jej spętane niezbytnią kurtuazją wargi – była wszak w swojej osobliwości wyjątkowo wylewna i emocjonalna – było jedynym, które pokalało ten przeklęty eter. Uśmiech błądził nieprzejednanie na wargach, gdy opuszczała chaotyczne, niemożliwie wręcz zagracone obrazami mieszkanie, gdyż towarzystwo Flinta było niebagatelnie miłe jej gustowi; sam fakt, jak ogromny wpływ miała na jego skromne istnienie, mile łechtał jej ego i wiedziała, że jej agitacja nie sięga jedynie nikotynowej rozpuście, którą go zarażała.
Bo szaleństwo przecież wylewało się niebagatelnie z jej, w gruncie rzeczy nieistotnego, znaczenia, a umykające, szklące się miriady zła plewione w uwięzionym w klatce żeber sercu, nie grały pierwszych skrzypiec w skalanej obłędem osobowości. Może to to go ściągało każdorazowo ku jej towarzystwu?; nie mogła tego stwierdzić z niebagatelną pewnością, swoje przypuszczenia jednak pielęgnowała wyjątkowo gorliwie.
Wyjątkowo jej sylwetkę otulała sukienka skąpana w burgundzie – nie przybierała wszak ich często poza kowenami i poważnymi spędami, przywdziewając szerokie, czarne spodnie i pstrokate koszule. Tym razem jednak, kierowana tajemniczą dłonią niewiadomego, postanowiła wystroić się odświętnie i szykownie. Nawet dłoni nie miała ubrudzonych akrylem.
Pojawiła się pod kawiarnią odrobinę po czasie, jednak tak subtelne faux pas należały do jej natury, a sama wyznawała filozofię eleganckiego spóźnienia. Uniosła dłoń, już z daleka widząc jego złote pukle, stojące w tak dalekiej opozycji do jej czarnych loków. Bo sylwetce miękko spływał przejściowy płaszcz, a stopy, idąc drogą prozy codzienności, pozostawały odziane w wysokie obcasy, którymi nadrabiała wyjątkowo mikry wzrost. Kąciki ust uniosły się nieprzejednanie, gdy stawała tuż przez jego sylwetką.
– Castiel – zabrzmiała miękko, ujmując go pod ramię, gdy kierowali się do wnętrza.
Gdy już rozsiedli się wygodnie, a Loretta wyciągnęła papierośnicę, częstując nikotynową rozpustą swego towarzysza i odpaliwszy także jego papierosa od sporej, drogiej zapalniczki, nie bacząc na to, jak negatywny wydźwięk podobne zachowanie miewa w savoir vivre, oparła się o krzesło.
– Słyszałeś o tym, że gdy odpalasz komuś papierosa, to jest on twoją dziwką? Cóż, Flint, daleko nie minęliśmy się z prawdą – rzekła, a kąciki ust ponownie poszybowały ku górze.