17.10.2023, 22:51 ✶
– Tak ze cztery – przyznała Brenna, dokonując szybkich obliczeń. Raz nad ciałem wuja, bez żadnego efektu. Drugi raz na miejscu jego śmierci. Potem dwukrotnie w domu Mildred Found. – Najlepsze, co zdołałam wyciągnąć, to widmowe sylwetki na tle ognia w noc Beltane, ale było za dużo dymu, żebym była pewna.
Były tam, kiedy wuj zginął. Tego jednego była pewna. Ale potem, w domu Mildred, zdawało się, że po prostu nie istniały. Widziała je tam na własne oczy – nie umiała dostrzec ich w transie. Miała pewne teorie i podejrzenia, które zresztą zdawały się potwierdzać po jej ostatniej wizycie w chacie w Kniei, wszystko było jednak strzałami oddawanymi w ciemność. Oczywiście, teraz mogła zobaczyć mało, bo była zwyczajnie zmęczona, ale i funkcjonowanie w takim stanie powoli stawało się jakoś naturalne, jakby organizm z rezygnacją zaakceptował, że teraz snu będzie mniej i po prostu działał na kawie i cukrze.
– Podobna historia – powiedziała, kiedy spytał o panią Found. Zadarła na moment głowę, spoglądając na niego, ale zaraz wyciągnęła różdżkę i przeniosła wzrok na świece, gasząc je zaklęciem i zabierając się do likwidowania kręgu. Głęboko zakorzeniony nawyk, bo świece rytualne w końcu były cenne, a nawet jeżeli Brenna mogła kupić dowolną ich ilość, zawsze o nie dbała. Nawet jeżeli były ministerialne. – Dopadły ją w lesie, nad rzeką. Zobaczyła je dość wcześnie, żeby rzucić się do ucieczki. Dogoniły ją już na skraju sadu w Dolinie, gdzie straciła przytomność. Pracownicy zdołali odstraszyć je zaklęciami, ale… i tak się na niej pożywiły. Postarzała się w ciągu paru chwil o kilka lat.
Brenna relacjonowała wszystko spokojnie, ale w duchu była ponura i wściekła o to, co spotkało Mildred. Kobieta nie zasłużyła sobie na taki los. Nikt, kto ucierpiał podczas Beltane i po Beltane sobie na to nie zasłużył. Found odebrano młodość, zdrowie i spokój. Charliemu ukradziono całe życie. Te dwie osoby zginęły.
– A potem, kiedy poszliśmy do lasu, znaleźliśmy je w jej domu. Zamieszkały tam. Voldemort tym razem przeszedł sam siebie.
Były tam, kiedy wuj zginął. Tego jednego była pewna. Ale potem, w domu Mildred, zdawało się, że po prostu nie istniały. Widziała je tam na własne oczy – nie umiała dostrzec ich w transie. Miała pewne teorie i podejrzenia, które zresztą zdawały się potwierdzać po jej ostatniej wizycie w chacie w Kniei, wszystko było jednak strzałami oddawanymi w ciemność. Oczywiście, teraz mogła zobaczyć mało, bo była zwyczajnie zmęczona, ale i funkcjonowanie w takim stanie powoli stawało się jakoś naturalne, jakby organizm z rezygnacją zaakceptował, że teraz snu będzie mniej i po prostu działał na kawie i cukrze.
– Podobna historia – powiedziała, kiedy spytał o panią Found. Zadarła na moment głowę, spoglądając na niego, ale zaraz wyciągnęła różdżkę i przeniosła wzrok na świece, gasząc je zaklęciem i zabierając się do likwidowania kręgu. Głęboko zakorzeniony nawyk, bo świece rytualne w końcu były cenne, a nawet jeżeli Brenna mogła kupić dowolną ich ilość, zawsze o nie dbała. Nawet jeżeli były ministerialne. – Dopadły ją w lesie, nad rzeką. Zobaczyła je dość wcześnie, żeby rzucić się do ucieczki. Dogoniły ją już na skraju sadu w Dolinie, gdzie straciła przytomność. Pracownicy zdołali odstraszyć je zaklęciami, ale… i tak się na niej pożywiły. Postarzała się w ciągu paru chwil o kilka lat.
Brenna relacjonowała wszystko spokojnie, ale w duchu była ponura i wściekła o to, co spotkało Mildred. Kobieta nie zasłużyła sobie na taki los. Nikt, kto ucierpiał podczas Beltane i po Beltane sobie na to nie zasłużył. Found odebrano młodość, zdrowie i spokój. Charliemu ukradziono całe życie. Te dwie osoby zginęły.
– A potem, kiedy poszliśmy do lasu, znaleźliśmy je w jej domu. Zamieszkały tam. Voldemort tym razem przeszedł sam siebie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.