17.10.2023, 23:22 ✶
Myśli Brenny wypełniał w tej chwili morderca ze snów i tajemniczy mężczyzna ze strzelbą.
To nie była sprawa, którą by prowadziła i wydawało się, że naprawdę niewiele da się teraz zrobić. A jednak, gromadziła informacje z uporem maniaka, i wyszła dziś z pracy kilka godzin później niż powinna, nie tylko dlatego, że nadrabiała zaległości z trzech dni, ale też dlatego, że znowu grzebała w archiwach, próbując znaleźć cokolwiek, co pasowałoby do tych przypadków.
I mając w pamięci niedawny sen Nory, pomyślała, że nie aportuje się od razu do Doliny Godryka. Zajrzy do klubokawiarni, ot tak, by sprawdzić, czy wszystko w porządku. To wcale nie był objaw paranoi – po prostu zje jakąś kanapkę i przy okazji pogada z przyjaciółką, co w tym dziwnego? Mundur zostawiła w szafce w Ministerstwie i teraz, w świetle latarni, odziana w najbardziej nijaką szatę, jaką dało się kupić w magicznym Londynie, wtapiała się po prostu w ogólny krajobraz ulicy.
Pokątna o tej porze powoli pustoszała. Przechadzali się tędy wciąż ludzie, ot mniej niż gdy wciąż świeciło słońce, ale Brenna i tak trzymała dłoń przy kieszeni z różdżką i odruchowo wpatrywała się w cienie. To było coś, czego każdy Brygadzista uczył się szybko, jeżeli chciał wytrwać w tej pracy: szukania miejsc, gdzie ciemność była głębsza. Dostrzegła więc dość szybko kogoś, kto siedział w alejce. Zapewne jakiś ćpun albo pijak, którego powinna zostawić samemu sobie… Ale Brenna cierpiała na nieuleczalny chyba kompleks bohatera i po prostu nie mogła nie sprawdzić, czy ktoś nie był ranny albo…
– Sherwood?! – wyrwało się jej, kiedy postąpiła krok w alejkę. Najpierw tylko jeden, bo odruchowo myślała, że to może być jakiś podstęp, ale kiedy rozpoznała Vincenta, wmaszerowała do uliczki już pewnym krokiem. Wyciągając różdżkę, by sobie przyświecić i przy okazji sprawdzić, czy w pobliżu nie ma tego, kto tak go urządził.
Owszem, kilka godzin temu sama chciała zamordować Vincenta za ten nawał listów i wyjca, i nie pojawiła się na jego progu z tradycyjnymi groźbami rozkwaszenia nosa tylko dlatego, że naprawdę nie miała na to czasu, ale przecież nie mogła zostawić go leżącego w jakiejś wąskiej alejce. Nos rozwali mu potem, kiedy ten już względnie dojdzie do siebie.
To nie była sprawa, którą by prowadziła i wydawało się, że naprawdę niewiele da się teraz zrobić. A jednak, gromadziła informacje z uporem maniaka, i wyszła dziś z pracy kilka godzin później niż powinna, nie tylko dlatego, że nadrabiała zaległości z trzech dni, ale też dlatego, że znowu grzebała w archiwach, próbując znaleźć cokolwiek, co pasowałoby do tych przypadków.
I mając w pamięci niedawny sen Nory, pomyślała, że nie aportuje się od razu do Doliny Godryka. Zajrzy do klubokawiarni, ot tak, by sprawdzić, czy wszystko w porządku. To wcale nie był objaw paranoi – po prostu zje jakąś kanapkę i przy okazji pogada z przyjaciółką, co w tym dziwnego? Mundur zostawiła w szafce w Ministerstwie i teraz, w świetle latarni, odziana w najbardziej nijaką szatę, jaką dało się kupić w magicznym Londynie, wtapiała się po prostu w ogólny krajobraz ulicy.
Pokątna o tej porze powoli pustoszała. Przechadzali się tędy wciąż ludzie, ot mniej niż gdy wciąż świeciło słońce, ale Brenna i tak trzymała dłoń przy kieszeni z różdżką i odruchowo wpatrywała się w cienie. To było coś, czego każdy Brygadzista uczył się szybko, jeżeli chciał wytrwać w tej pracy: szukania miejsc, gdzie ciemność była głębsza. Dostrzegła więc dość szybko kogoś, kto siedział w alejce. Zapewne jakiś ćpun albo pijak, którego powinna zostawić samemu sobie… Ale Brenna cierpiała na nieuleczalny chyba kompleks bohatera i po prostu nie mogła nie sprawdzić, czy ktoś nie był ranny albo…
– Sherwood?! – wyrwało się jej, kiedy postąpiła krok w alejkę. Najpierw tylko jeden, bo odruchowo myślała, że to może być jakiś podstęp, ale kiedy rozpoznała Vincenta, wmaszerowała do uliczki już pewnym krokiem. Wyciągając różdżkę, by sobie przyświecić i przy okazji sprawdzić, czy w pobliżu nie ma tego, kto tak go urządził.
Owszem, kilka godzin temu sama chciała zamordować Vincenta za ten nawał listów i wyjca, i nie pojawiła się na jego progu z tradycyjnymi groźbami rozkwaszenia nosa tylko dlatego, że naprawdę nie miała na to czasu, ale przecież nie mogła zostawić go leżącego w jakiejś wąskiej alejce. Nos rozwali mu potem, kiedy ten już względnie dojdzie do siebie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.