17.10.2023, 23:35 ✶
Głowa płonącego żywego trupa odpadła od ciała, gdy Victoria odcięła ją jednym płynnym ruchem nadgarstka i poprawnie spleconym zaklęciem. Bezgłowe ciało zrobiło jeszcze dwa, może trzy kroki a potem z wyciągniętymi do przodu rękoma runęło na ziemię.
Magiczne liny oplotły ciało drugiego przeciwnika i tym razem, ten wcale nie zdołał ich rozerwać ot tak, jakby były z papieru. Siłował się z nimi rzężąc ciężko a w jego oczach poza czarną energią pojawił się również głód, wieczny głód, który pchał nieumarłych do ataku na żywe istoty. Zaklęcie Geraldine położyło kres jego istnieniu.
O, jak inaczej w tym momencie wyglądała walka. Żywe trupy nadal pozostawały silne, ale nie były już nieśmiertelne.
Zbiegając po schodach w dół, całą trójką widzieli kolejnych przebudzonych nieumarłych. Victoria i Erik naliczyli siedmiu a zbiegająca jako ostatnia Geraldine ośmiu (Victoria i Erik zdążyli też zobaczyć, że przyczepiony do ściany atrium duch dziecka uwolnił się z niewidzialnych więzów i wystrzelił – jak z procy – ku korytarzowi na pierwszym piętrze). Ale to nie żywe trupy były ich głównymi przeciwnikami. Na samym dole czekała na nich kobieta w zniszczonej, czarnej sukni. Była w średnim wieku. Upiornie blada. W ręku trzymała różdżkę. Nie wyglądała na nieumarłą. Wyglądała jak normalna czarownica, tylko na pierwszy plan wybijała się jej nienaturalna bladość, jakby od wielu, naprawdę wielu lat nie miała dostępu do światła słonecznego.
Przez dźwięki, gdy nadbiegali uniosła głowę i zapatrzyła się na nich z nienawiścią. Na twarzy miała ślady łez a z jej oczu, wcześniej przesłoniętych jakąś mgłą, biła teraz dzika wściekłość i rządza mordu. Machnęła różdżką i Erik uniósł się w powietrze jak szmaciana lalka. Zawisł nad podłogą w atrium, jakieś cztery metry nad ziemią.
- Mogliście po prostu zasnąć i nigdy się nie obudzić – wysyczała nieznajoma. – Nie pozwolę wam zabić mojej córki!
Ruch, tylko ruch nadgarstka dzielił ją od ciśnięcia Erikiem o ziemię.
Magiczne liny oplotły ciało drugiego przeciwnika i tym razem, ten wcale nie zdołał ich rozerwać ot tak, jakby były z papieru. Siłował się z nimi rzężąc ciężko a w jego oczach poza czarną energią pojawił się również głód, wieczny głód, który pchał nieumarłych do ataku na żywe istoty. Zaklęcie Geraldine położyło kres jego istnieniu.
O, jak inaczej w tym momencie wyglądała walka. Żywe trupy nadal pozostawały silne, ale nie były już nieśmiertelne.
Zbiegając po schodach w dół, całą trójką widzieli kolejnych przebudzonych nieumarłych. Victoria i Erik naliczyli siedmiu a zbiegająca jako ostatnia Geraldine ośmiu (Victoria i Erik zdążyli też zobaczyć, że przyczepiony do ściany atrium duch dziecka uwolnił się z niewidzialnych więzów i wystrzelił – jak z procy – ku korytarzowi na pierwszym piętrze). Ale to nie żywe trupy były ich głównymi przeciwnikami. Na samym dole czekała na nich kobieta w zniszczonej, czarnej sukni. Była w średnim wieku. Upiornie blada. W ręku trzymała różdżkę. Nie wyglądała na nieumarłą. Wyglądała jak normalna czarownica, tylko na pierwszy plan wybijała się jej nienaturalna bladość, jakby od wielu, naprawdę wielu lat nie miała dostępu do światła słonecznego.
Przez dźwięki, gdy nadbiegali uniosła głowę i zapatrzyła się na nich z nienawiścią. Na twarzy miała ślady łez a z jej oczu, wcześniej przesłoniętych jakąś mgłą, biła teraz dzika wściekłość i rządza mordu. Machnęła różdżką i Erik uniósł się w powietrze jak szmaciana lalka. Zawisł nad podłogą w atrium, jakieś cztery metry nad ziemią.
- Mogliście po prostu zasnąć i nigdy się nie obudzić – wysyczała nieznajoma. – Nie pozwolę wam zabić mojej córki!
Ruch, tylko ruch nadgarstka dzielił ją od ciśnięcia Erikiem o ziemię.
Tura trwa do 20.10.2023 roku do godziny 21.00