18.10.2023, 07:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.10.2023, 08:20 przez Brenna Longbottom.)
Spotkanie z dwoma śmierciożercami w pojedynkę brzmiała lepiej niż zostawanie tu samą z Atreusem. Już pomijając, że to psuło jej plany - czego nie mogła pokazać, bo jak wyjaśnić, że byłaby w stanie ściągnąć tutaj całą masę osób? - było to po prostu... trudniejsze niż nawalanie się z kimś na zaklęcia. I o ile wspólna kanapa z każdym na świecie byłaby dla niej tylko kanapą i nijak nie przyjęłaby się taką sugestią, tak Pandora zdołała trafić w jedyną osobę na całym świecie, z którą tej dzielić nie chciała. (No dobrze, z takich powodów przynajmniej, bo istnieli przecież na przykład Borginowie czy Rookwoodowie, ale tu szlo o coś zupełnie innego...) Przez Beltane nawet taki tłuk jak ona wiedział, że między nimi nic nie jest i szybko nie będzie przyjacielskie. A to byłby zły pomysł z jakiegoś miliona powodów, spośród których "nawet jego kumple przychodzą mi powiedzieć, że to babiarz" nie byłby nawet najważniejszym.
A jeśli szło o Lucy i Erika... Plakietka aurora czasem niewiele znaczyła. Brenna widziała ich oboje w walce i w każdej z nich - treningowej, prawdziwej, przeciwko innym przeciwnikom - postawiłaby każde pieniądze na swojego brata.
- Nie mieli masek - mruknęła odnośnie zeszłego miesiąca. Była pewna, że to nie byli śmierciożercy. Naśladowcy? Cóż... tu sprawa zaczynała się komplikować. - Przysięgam, Laurent nie został choćby draśnięty. Nawet nie zepsuli mu fryzury - zapewniła pośpiesznie, kiedy okazało się, że Pandora nie wiedziała. Brenna zresztą wciąż czuła się winna, że wtedy ściągnęli kłopoty na Laurenta.
- I przecież nikogo nie biję, jeśli uważacie, że załatwicie tę ochronę, nie będę wam zagradzać drogi.
W tej chwili Brenna została zresztą bardzo entuzjastyczną wielbicielką właśnie tego rozwiązania. A że Victoria oświadczyła, że też zostaje? To... absolutnie nie miała nic przeciwko.
- Mówiąc szczerze... myślałam, że jeśli Laurent znika, to Atreus idzie z Laurentem, ty w takim razie nie będziesz chciała zrobić czegoś takiego po pracy - powiedziała Brenna z pewnym wahaniem.
Wiedziała, że Victoria i Laurent się lubią, ale nie miała pojęcia, jak bardzo są blisko. Łatwo było zobaczyć, że Tori się o niego troszczy - i tutaj, i w Kniei - ale jak daleko to sięgało? Brenna nigdy nie pytała. Zwłaszcza, że sama na pewnym etapie życia widywała Laurenta stosunkowo rzadko. A z nich dwóch to Brenna zawsze po godzinach w coś się pakowała i nawet nie ukrywała, że w minucie skończenia dyżuru na przykład wybiega z Ministerstwa, ale wcale nie do domu, a na miejsce zabójstwa Cody'ego Brandona. Nie wątpiła, że Victoria zrobi wiele dla swoich najbliższych, ale też zawsze mocno kierowała się procedurami i Brenna odnosiła wrażenie, że kobieta pracę woli zostawiać w biurze. A jeśli Laurent by stąd znikał, to zagrożeni byli tylko Vincent i Alexander. A Brenna nawet nie wiedziała, czy Lestrange ich znała.
- Jeśli chcesz zostać, to świetnie - dodała szczerze. Bardzo, bardzo szczerze, bo już pomijając, że ufała umiejętnościom walki Victorii, a to nie tak, że chciała tu popełnić samobójstwo, to po prostu przy niej łatwiej było zachowywać się jak na dorosłą, odpowiedzialną osobę przystało. To znaczy, na tyle, na ile ktoś taki jak Brenna w ogóle to potrafi. – Daj spokój, Panda. Po prostu jeśli nic przez tydzień nie próbuje mnie zabić, zaczynam się nudzić – rzuciła lekkim tonem, opadając po prostu na podłokietnik jednego z foteli, skoro Laurent o to poprosił.
Nie skomentowała słów o tym, że dobrze się stało i ktoś musi nazwać rzeczy po imieniu. W końcu… już powiedziała, że nie uważa, że zrobił coś złego. Co do pracowników, nie była sama pewna, czy to dobre, czy złe rozwiązanie. Nie chciała, by coś złego spotkało tych ludzi, ale i wtedy wszystko w New Forest stanie się bezbronne.
Nie zamierzam się chować…
Z trudem powstrzymała westchnienie.
– Laurent? Jeśli ktoś cię w nich lży… to może oddasz je nam? – zaproponowała cicho, kiedy zabrał się do niszczenia listów. – Śmierciożercy pewnie nie są na tyle głupi, by pisać takie listy, ale ich zwolennicy być może już tak.
A wtedy warto wiedzieć, na kogo uważać.
A że nie będą podpisane?
Istniały sposoby, by te podpisy wyciągnąć.
- Mogę iść z tobą - mruknęła jeszcze odnośnie lasu (ale nie zamierzała też przy tym obstawać, gdyby cała reszta planowała to samo - nie mogli w końcu otaczać Prewetta na każdym kroku całą grupą).
A jeśli szło o Lucy i Erika... Plakietka aurora czasem niewiele znaczyła. Brenna widziała ich oboje w walce i w każdej z nich - treningowej, prawdziwej, przeciwko innym przeciwnikom - postawiłaby każde pieniądze na swojego brata.
- Nie mieli masek - mruknęła odnośnie zeszłego miesiąca. Była pewna, że to nie byli śmierciożercy. Naśladowcy? Cóż... tu sprawa zaczynała się komplikować. - Przysięgam, Laurent nie został choćby draśnięty. Nawet nie zepsuli mu fryzury - zapewniła pośpiesznie, kiedy okazało się, że Pandora nie wiedziała. Brenna zresztą wciąż czuła się winna, że wtedy ściągnęli kłopoty na Laurenta.
- I przecież nikogo nie biję, jeśli uważacie, że załatwicie tę ochronę, nie będę wam zagradzać drogi.
W tej chwili Brenna została zresztą bardzo entuzjastyczną wielbicielką właśnie tego rozwiązania. A że Victoria oświadczyła, że też zostaje? To... absolutnie nie miała nic przeciwko.
- Mówiąc szczerze... myślałam, że jeśli Laurent znika, to Atreus idzie z Laurentem, ty w takim razie nie będziesz chciała zrobić czegoś takiego po pracy - powiedziała Brenna z pewnym wahaniem.
Wiedziała, że Victoria i Laurent się lubią, ale nie miała pojęcia, jak bardzo są blisko. Łatwo było zobaczyć, że Tori się o niego troszczy - i tutaj, i w Kniei - ale jak daleko to sięgało? Brenna nigdy nie pytała. Zwłaszcza, że sama na pewnym etapie życia widywała Laurenta stosunkowo rzadko. A z nich dwóch to Brenna zawsze po godzinach w coś się pakowała i nawet nie ukrywała, że w minucie skończenia dyżuru na przykład wybiega z Ministerstwa, ale wcale nie do domu, a na miejsce zabójstwa Cody'ego Brandona. Nie wątpiła, że Victoria zrobi wiele dla swoich najbliższych, ale też zawsze mocno kierowała się procedurami i Brenna odnosiła wrażenie, że kobieta pracę woli zostawiać w biurze. A jeśli Laurent by stąd znikał, to zagrożeni byli tylko Vincent i Alexander. A Brenna nawet nie wiedziała, czy Lestrange ich znała.
- Jeśli chcesz zostać, to świetnie - dodała szczerze. Bardzo, bardzo szczerze, bo już pomijając, że ufała umiejętnościom walki Victorii, a to nie tak, że chciała tu popełnić samobójstwo, to po prostu przy niej łatwiej było zachowywać się jak na dorosłą, odpowiedzialną osobę przystało. To znaczy, na tyle, na ile ktoś taki jak Brenna w ogóle to potrafi. – Daj spokój, Panda. Po prostu jeśli nic przez tydzień nie próbuje mnie zabić, zaczynam się nudzić – rzuciła lekkim tonem, opadając po prostu na podłokietnik jednego z foteli, skoro Laurent o to poprosił.
Nie skomentowała słów o tym, że dobrze się stało i ktoś musi nazwać rzeczy po imieniu. W końcu… już powiedziała, że nie uważa, że zrobił coś złego. Co do pracowników, nie była sama pewna, czy to dobre, czy złe rozwiązanie. Nie chciała, by coś złego spotkało tych ludzi, ale i wtedy wszystko w New Forest stanie się bezbronne.
Nie zamierzam się chować…
Z trudem powstrzymała westchnienie.
– Laurent? Jeśli ktoś cię w nich lży… to może oddasz je nam? – zaproponowała cicho, kiedy zabrał się do niszczenia listów. – Śmierciożercy pewnie nie są na tyle głupi, by pisać takie listy, ale ich zwolennicy być może już tak.
A wtedy warto wiedzieć, na kogo uważać.
A że nie będą podpisane?
Istniały sposoby, by te podpisy wyciągnąć.
- Mogę iść z tobą - mruknęła jeszcze odnośnie lasu (ale nie zamierzała też przy tym obstawać, gdyby cała reszta planowała to samo - nie mogli w końcu otaczać Prewetta na każdym kroku całą grupą).
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.