Słowa Bigsbyego zaczęły się zlewać w jedną całość. Przestały być pojedynczymi słowami, kiedy poczucie oddalania się od tego świata stało się silne. Za silne. Ciepły uśmiech Laurenta zaczął powoli, powolutku blednąć. Chciał pleść kolie z promieni słońca i wkładać w nie ciepło jak diamenty, które tak kochali Amerykanie, a tymczasem sam przygasał. Przepływał mu świat przez palce i zaczynał wkraczać na niepewny grunt tego, czego Laurent nie chciał. Czego bał się najbardziej. Że zostanie sam. Kiedy w końcu ostatnie promienie zgasły, kiedy pozostało niekoniecznie życzliwe spojrzenie tego mugola i gdy księżyc zdawał się górować w tej ciemnej godzinie, zgasł też całkowicie jego uśmiech. Usta zamarły, a powieki otworzone zostały szerzej, kiedy nienaturalnie niebieskie oczy, w których zaklęto ocean, spoglądały na tego człowieka.
- Nie... nie jestem... - Odparł machinalnie. Oderwał spojrzenie od mężczyzny i powiódł nim nieco panicznie po tłumie osób obcych i nieznajomych. Jak bardzo samotny mógł być człowiek? W tłumie bywało się właśnie najsamotniejszym - gdy otaczali cię ludzie, a i tak koniec końców... siedziałeś sam. Byłeś sam. Nieco wystraszone spojrzenie odnalazło gdzieś Pandore? Nora, Ginny, Brenna... Osoby mniej i bardziej znane. Te bliższe i nieco dalsze. To irracjonalne - mówił sobie. Nic się złego nie działo, wcale nie byłeś samotny, wcale ludzie nie uciekali, nie znikali i nie rozpływali się. To było fałszywe. Nawet jeśli teraz nie są obok i nawet jeśli bieg przez łąkę nie pozwoli do nich dotrzeć to prawdziwe było to, że są i będą. Byli i są. Morskie oczy przesunęły się dalej, trafiając znów na Perseusa. Niebo powinno nam wybaczyć wszystkie sprzedane dusze.
Przesunął się spojrzeniem z powrotem na mugola przy sobie.
- Przepraszam... rozkojarzyłem się. Bardzo dziwnie tutaj jest... bardzo dziwnie. - Zaakcentował to jedno słowo mrukliwie, starając się pozbierać z tej sinusoidy doznań i odczuć. - Wiesz... ja zapamiętam. Jeśli powiesz mi coś z twojej twórczości. Zapamiętam.