18.10.2023, 20:36 ✶
Miała w cholerę do nadrobienia.
To nie tak, że Brenna była w Biurze codziennie. Wszak były jeszcze patrole i terenowe akcje. I czasem trzeba było się przespać a poza tym Rhynda nie pozwalała jej brać za dużo dyżurów, bo podobno jakieś przepisy zakazywały wracać do pracy po sześciu godzinach, jeśli wcześniej byłeś w niej szesnaście. Ale zaiste, w tym roku wzięła dokładnie jeden dzień wolny, i był to dzień po balu Longbottomów… gdy ostatecznie i tak wylądowała w pracy, bo „przypadkiem” znalazła dwa ciała niby to sprawdzając, czemu koleżanka nie przyszła na bal.
I było to wolne zaległe.
Ze stycznia 1971.
Te trzy dni zwolnienia sprawiły jednak, że pojawiła się przy swoim biurku godzinę wcześniej niż powinna i teraz, prawie trzy godziny później, załamywała teraz w duchu ręce, próbując jednocześnie uzupełnić raport, przejrzeć inny raport i jeszcze napisać listy do trzech osób, by umówić się z nimi na przesłuchania. Co gorsza jeszcze na jej biurko spływały kolejne listy z punktu odbioru poczty, wysyłane przez Prewetta, chyba tylko po to, żeby ją bardziej wnerwić (w dodatku pracownik stamtąd pół godziny wcześniej wpadł wyraźnie zirytowany, że sowa Vincenta absolutnie nie współpracuje i musi odebrać jeden sama, więc straciła cenne pięć minut na bieg na górę). Kilka liścików zaścielało więc teraz róg jej biurka, zepchnięte tam przez raporty.
Obrażenia prawie się wygoiły. Prawie. „Prawie” sprawiało jednak, że dziś musiała siedzieć za biurkiem i wstrzymać się z patrolami, przesłuchaniami i tak dalej przynajmniej do jutra. I że na szyi wciąż miała zawiązaną chustkę, ot tak, by nikt nie pytał o blade ślady.
– Dzień dobry – przywitała się uprzejmie, podnosząc głowę, kiedy Stanley podszedł bliżej. W duchu rzecz jasna pomyślała, że byłby to dobry dzień, gdyby zdechł, ale nie, nie przejęła się, że podszedł do „strefy wroga”, bo nie miała pojęcia, że Biuro na takie podzielono. Może i dobrze, bo pewnie wtedy częściej zbliżałaby się do jego biurka, tylko dlatego, że wiedziałaby, jak bardzo go to wkurza. – Ależ skąd, to tylko moja zła siostra bliźniaczka – powiedziała, odchylając się na krześle, by na niego spojrzeć, i obdarzyć uśmiechem, w którym fałszu dopatrzyłby się tylko aurowidz. – Drobny wypadek. Naprawdę, to bardzo miłe, że tak za mną tęskniłeś, pewnie równie mocno, jak ja za tobą. I obawiam się, że to nie ja to robię. Ewidentnie nasilił działalność, obawiam się, że znalazł jakiś sposób, by stała się dla niego łatwiejsza… i ludzie teraz, gdy rozchodzą się informacje, chętniej to zgłaszają – mruknęła. Wyprostowała się zresztą zaraz, i odruchowo sięgnęła po notatnik.
Kurwa, kolejny przypadek.
Przynajmniej tym razem ten drugi, mniej morderczy wariant.
– Nie z czwartego na piątego i nie z piętnastego na szesnastego? – spytała od razu, nie protestując, kiedy Borgin usiadł. Mogła go znieść, dla dobra sprawy. I dla dowiedzenia się, czy mogło dojść do dwóch przypadków w trakcie jednej nocy.
To nie tak, że Brenna była w Biurze codziennie. Wszak były jeszcze patrole i terenowe akcje. I czasem trzeba było się przespać a poza tym Rhynda nie pozwalała jej brać za dużo dyżurów, bo podobno jakieś przepisy zakazywały wracać do pracy po sześciu godzinach, jeśli wcześniej byłeś w niej szesnaście. Ale zaiste, w tym roku wzięła dokładnie jeden dzień wolny, i był to dzień po balu Longbottomów… gdy ostatecznie i tak wylądowała w pracy, bo „przypadkiem” znalazła dwa ciała niby to sprawdzając, czemu koleżanka nie przyszła na bal.
I było to wolne zaległe.
Ze stycznia 1971.
Te trzy dni zwolnienia sprawiły jednak, że pojawiła się przy swoim biurku godzinę wcześniej niż powinna i teraz, prawie trzy godziny później, załamywała teraz w duchu ręce, próbując jednocześnie uzupełnić raport, przejrzeć inny raport i jeszcze napisać listy do trzech osób, by umówić się z nimi na przesłuchania. Co gorsza jeszcze na jej biurko spływały kolejne listy z punktu odbioru poczty, wysyłane przez Prewetta, chyba tylko po to, żeby ją bardziej wnerwić (w dodatku pracownik stamtąd pół godziny wcześniej wpadł wyraźnie zirytowany, że sowa Vincenta absolutnie nie współpracuje i musi odebrać jeden sama, więc straciła cenne pięć minut na bieg na górę). Kilka liścików zaścielało więc teraz róg jej biurka, zepchnięte tam przez raporty.
Obrażenia prawie się wygoiły. Prawie. „Prawie” sprawiało jednak, że dziś musiała siedzieć za biurkiem i wstrzymać się z patrolami, przesłuchaniami i tak dalej przynajmniej do jutra. I że na szyi wciąż miała zawiązaną chustkę, ot tak, by nikt nie pytał o blade ślady.
– Dzień dobry – przywitała się uprzejmie, podnosząc głowę, kiedy Stanley podszedł bliżej. W duchu rzecz jasna pomyślała, że byłby to dobry dzień, gdyby zdechł, ale nie, nie przejęła się, że podszedł do „strefy wroga”, bo nie miała pojęcia, że Biuro na takie podzielono. Może i dobrze, bo pewnie wtedy częściej zbliżałaby się do jego biurka, tylko dlatego, że wiedziałaby, jak bardzo go to wkurza. – Ależ skąd, to tylko moja zła siostra bliźniaczka – powiedziała, odchylając się na krześle, by na niego spojrzeć, i obdarzyć uśmiechem, w którym fałszu dopatrzyłby się tylko aurowidz. – Drobny wypadek. Naprawdę, to bardzo miłe, że tak za mną tęskniłeś, pewnie równie mocno, jak ja za tobą. I obawiam się, że to nie ja to robię. Ewidentnie nasilił działalność, obawiam się, że znalazł jakiś sposób, by stała się dla niego łatwiejsza… i ludzie teraz, gdy rozchodzą się informacje, chętniej to zgłaszają – mruknęła. Wyprostowała się zresztą zaraz, i odruchowo sięgnęła po notatnik.
Kurwa, kolejny przypadek.
Przynajmniej tym razem ten drugi, mniej morderczy wariant.
– Nie z czwartego na piątego i nie z piętnastego na szesnastego? – spytała od razu, nie protestując, kiedy Borgin usiadł. Mogła go znieść, dla dobra sprawy. I dla dowiedzenia się, czy mogło dojść do dwóch przypadków w trakcie jednej nocy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.