Edward mieszał słowa Laurenta z błotem. Rzucał wszystkie kolejne skrawki na ziemię, przydeptywał obcasem i jeszcze nakazywał prosto w swoje oczy. Pilnował, żeby to były oczy. Nie miała ta rozmowa zakończyć się na paru rzuconych zdaniach. Chciał więcej. Chciał, żeby Laurent się pozbierał i żeby powiedział mu więcej zdań, z których będzie mógł ułożyć pasującą całość. Zdaniem blondyna - nie kontrolował się. Cierpiał na przerost ego. Albo cierpiał na miłość. Na ojcowską miłość, która mieszała się z tym, czego sam został nauczony i jaki miał być dla tego świata. Mniej by bolało, gdyby zamiast chcieć z jego gardła słów to zacisnął sam te ręce na jego gardle jak tamten morderca, żeby wydusić z niego ostatnie tchnienie. Byłoby lżej niż to, co teraz się działo.
Ciężko było odnaleźć żal w tym człowieku. Targał i rwał, dopóki z zebranych zeznań nie ułożył przed sobą dywanu posłuszeństwa. Tak właśnie kończyło serce w kawałkach, które Laurent bardzo chciał mu przynieść. I przynosił. Ośmielał się wyciągać je na swoich drobnych dłoniach, ośmielał się czasami pokazać samego siebie i powiedzieć o słowo czy dwa więcej, za każdym razem popełniając ten sam pieprzony błąd - że zaistnieje. Że będzie on, nie to, czego chce Edward Prewett i to, czego Edward Prewett potrzebuje. Że potrzebą jego ojca nie będzie porwania go na skrawki, które potem utoną w błocie, tylko będzie chciał całość - z tymi niezdarnymi wadami i tymi rzeczami, które czasem wychodziły później, bo wstyd się było przyznać, albo... cokolwiek innego. Czy to było takie złe..? W matematycznych równaniach głowy rodu - na pewno. A przecież Laurent nie był równaniem matematycznym. Nie był ułamkiem, nie odmieniał się przez przypadki jak w surowo wyznaczonych ramach języka. Kiedy go niszczył, kiego go rwał to powstawały rany. Lepił je potem i leczył, składał z powrotem w całość i zapewniał, że właśnie tak miało być, bo to wszystko z tej ojcowskiej opieki. Że on chciał dobrze i chciał najlepiej, po prostu czasami musiał sobie jakoś poradzić z tym, jaki selkie był uparty i niepokorny. Kolejnym błędem może było po prostu wybaczanie tego wszystkiego? Gdyby jednak postępował inaczej to co by mu zostało? Przecież to... Edward był jego ojcem. Kochał go. Nawet kiedy wciąż posypywał te rany solą, bo one wcale nie goiły się tak, jakby siwowłosy sobie tego życzył. Laurent już nie miał na to sił. Na to łamanie skrzydeł, niszczenie piękna, które chciał mu pokazać, na te ciągle pojawiające się blizny, których nie dało się dojrzeć gołym okiem. Był wobec tego... tak beznadziejnie nieporadny. Bezradny wręcz. Ciągle było tak samo cholernie przykro - i co z tego?
Zostawał żal wypalony przez łzy na skórze.
Życie ogólnie jest niesprawiedliwe, więc... Opowiedz mi wszystko.
Dłonie Laurenta drżały, zaciskając się na spodniach i zaczęły kapać na nie wielkie jak groch łzy. Blondyn przestał patrzeć na ojca i pochylał głowę. Czy to jest normalne? Bo boli bardzo. Potrzebował go. Naprawdę bardzo potrzebował Edwarda. Chciał... tak bardzo chciał się przed nim otworzyć. Potrzebował jego siły. Tej, której nie miał. Potrzebował jego autorytetu, ale... nie w tym wydaniu. Nie tak. Nie w taki sposób. Nie było istotne, co mu powie, Edward po prostu nie odpuści. Jak zawsze. Dopóki nie wymusi na nim wszystkich odpowiedzi, nie ważne, co by się tutaj działo, to nie odpuści.
Nabrał tchu w płuca, bo rzeczywiście zapomniał o oddechu.
Podniósł się powoli z fotela i uniósł wzrok, skupiony do granic wytrzymałości, tak jak zresztą napinał swoje mizerne mięśnie, żeby się zmusić do podniesienia się z miejsca. Na niepewnych nogach zaczął cofać się w kierunku drzwi. Dwa, trzy niepewne kroki... żeby odwrócił się od ojca plecami i skierował się już do nich szybkim krokiem. Chcąc najzwyczajniej w świecie stąd uciec. Bez żadnego słowa.