19.10.2023, 00:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.10.2023, 00:22 przez Alexander Mulciber.)
Mulciber właśnie wrócił z wakacji all inclusive w kręgu piekielnym przeznaczonym dla niedoszłych zabójców braci, więc towarzystwo sukkubów nie wydawało mu się taką znowu złą alternatywą; przeciwnie, myśl o Lorettcie czasem była jedynym, co powstrzymywało go przed rzucenia tego wszystkiego w cholerę i zanurzenia się - w czeluść szaleństwa (czającą się nieustannie z tyłu jego umysłu od kiedy tylko zaczął słyszeć intencje innych ludzi i przewidywać przyszłość), w tkwiącej w nim ciemności (marzył, by Czarny Pan dał mu jakieś zadanie, by usprawiedliwić folgowanie coraz silniejszemu popędowi do destrukcji, który w nim tkwił); i wreszcie - w kuszących objęciach uzależnienia. A tak konkretnie, w kadzi wypełnionej wódką, której polscy guślarze używali podobno do wywoływania duchów... Chętnie stawiłby czoła duchom, jednak alkohol przywołał tylko wspomnienia - wspomnienia tego co było, i tego, co miało się zdarzyć - dlatego znowu był tutaj.
I znalazł się wraz z nią w centrum tego absurdalnego pojedynku, chociaż nie chciał ściągać na siebie jeszcze więcej uwagi. Ale jeżeli Loretta miała obsesję na punkcie bycia najjaśniejszą gwiazdą na firmamencie magicznej społeczności, tak Alexander miał obsesję na punkcie Loretty.
Przyjechał dzisiaj, ledwie kilka godzin temu. Jego próby poznania wyroków przeznaczenia pozostały bezowocne. Nie udało mu się poznać całej prawdy o klątwie, którą reszta jego rodziny rzuciła na jego matkę, zanim jeszcze się urodził - Alexander dalej nie wiedział, czy do zamachu na życie brata pchnęła go własna ambicja, czy może to ten złowrogi poszept w jego głowie, ta wyśniona przedpowiednia, która coraz jaśniej klaryfikowała się w jego umyśle. Od czasu ataku na Donalda minął ponad miesiąc; media na szczęście skupiły się na jego bardziej popularnej szwagierce przypinając jej łatkę zabójczej femme fatale, zaś jemu - pogrążonego w głębokiej żałobie, uzależnionego brata z problemami; tego, który zawsze wolał stać w cieniu starszego z Mulciberów, realizując się jako naukowiec, nie jako polityk, bla bla...
W obliczu wszystkich tych trudności, po prostu chciał wiedzieć, że Loretta dalej jest po jego stronie.
Nie przeszkadzały mu nawet jej kłamstewka.
Czy ten pojedynek to była jakąś jej kolejna chora zagrywka, pokrętna gierka, która wymknęła się spod kontroli i - uciekając z zacisza ich alkowy - rozciągnęła się na większość magicznej śmietanki towarzyskiej? Wcale by go to nie zdziwiło. Cała ta sytuacja byłaby całkiem zabawna w normalnych okolicznościach: ona kochała atencję mas, on szczerze pogardzał pospólstwem (czyli każdym, kto nie parał się wróżbiarstwem i naukami pokrewnymi), oboje zaś uwielbiali snuć plany o tym, jak wznoszą się ponad rzeczywistością tych społecznych wszy...
Ale okoliczności nie były normalne. Może dlatego, że po incydencie z Donaldem - tym głupim skurwysynem, który nie umiał nawet zdechnąć jak człowiek - dalej nie potrafił dojść do siebie.
- Więc ot tak, po pięciu latach przypomniał sobie, że mógłby się nagle pobić z Louvainem o twój honor? - To, że większą część swojego życia Axel przetrwał w stanie wątpliwej trzeźwości nie oznaczało, że był głupi, choć niektórzy mogliby polemizować! w końcu za coś był w tym Ravenclawie. Przynajmniej pamiętał niemal wszystkie najważniejsze momenty swojej egzystencji na tym padole - nie to co Diana, która była tak głupia, że zapominała, że można jednocześnie iść i żuć gumę - a taki Alexander nie zapomniał nawet, że powinien być w żałobie, więc ubrał się stosownie (jego brat dalej żył, chociaż był warzywem, ale to szczegół)... Zapomniał, co prawda, że on i Loretta się NiEnAwiDzĄ.
Pięć lat temu? Dobre sobie... Wystarczyło jej - ile? - miesiąc? nieobecności Mulcibera, żeby znowu zaczęła sypiać z kim popadnie. Nie wierzył w ani jedno jej słowo, nie, kiedy jego rozsądek zmroziła zimna wściekłość, a jego dłoń płonęła, kiedy wpijała w nią swoje pazury.
Nie wiedział, czy to szok termiczny, czy zazdrość.
- Dobrze wiedzieć, że twoje uczucie potrafi przetrwać taką próbę czasu - powiedział powoli, ściszonym głosem, z ustami tuż przy jej uchu. Delikatność, z jaką Alexander dotknął jej policzka i odgarnął z jej buźki jakiś niesforny kosmyk, na dosłownie ułamek chwili zmieniła się w coś na kształt groźby, kiedy, opuszczając rękę, musnął jej szyję. - Może i ja powinienem się przygotować - tak na wypadek gdyby i Yaxley nagle zmartwychwstał, i chciał się pojedynkować w drzwiach naszej sypialni. Skoro taki śmieć przypomniał sobie - O WAS - po pięciu latach - czym jest taka... wieczność? dla n a r z e c z o n e g o - Słowa wyrzucał z siebie szybko, gniewnie, jakby pluł jadem - gdyby tylko wiedział, że i ona ma ochotę napluć mu do mordy! - a jego twarz wykrzywił grymas obrzydzenia, który mogła dostrzec tylko Loretta. Przez ten jeden moment emanował esencją czystej wściekłości, którą przecież zawsze tak dobrze kontrolował... Ale natychmiast się opanował. Co z tego, że ZNOWU ruchała się z jakimś Philipem Nottem skoro i tak zawsze wracała do niego?
Axel uśmiechnął się - po raz pierwszy od czasu wejścia na trybuny - i odsunął się nieco od Loretty (zrobił miejsce dla Ducha Świętego oraz jej potężnego ego) na odległość sugerującą, co prawda, lekko niestosowną poufałość - jego ręka dalej spoczywała podejrzanie swobodnie na kibici kobiety - ale dającą jeszcze zgromadzonym dookoła nich ludziom marną iluzję przyzwoitości. I tak zaraz obfotografują ich te wszystkie dziennikarzyny, resztki godności Loretty jej bliźniak gubił właśnie razem ze swoją dotąd niewzruszoną pewnością siebie na arenie... Zblazowana postawa Mulcibera, i igrający na ustach uśmiech mogły sugerować zgromadzonym, że właśnie szepnął pannie Lestrange na uszko jakiś niegrzeczny żart, a nie że w ostatniej chwili powstrzymał się przed zaciśnięciem palców na jej szyi i uduszeniem jej na oczach wszystkich.
- Kogo chcesz oszukać? - Jego głos był wyjątkowo łagodny, acz słychać w nim było nutę... pretensji? Zawodu? Uwielbiał dualistyczną naturę Loretty; to, że pod niewinnie uroczym usposobieniem i słodkim uśmiechem skrywała ogrom swojego zepsucia i absolutny brak moralności... Ale Axel wiedział, jaką płaci się za to cenę. Uważał się za zdecydowanie bardziej spaczonego od niej, a przecież popełnione zbrodnie prześladowały jego podświadomość - przestał temu zaprzeczać - nie zamierzał wyjść przez to na słabego, tylko dlatego, że ona udawała, że wszystko jest po staremu. Nie było. - Taka jesteś radosna, a wyglądasz jak cień dawnej siebie. Jakbyś stała jedną nogą w grobie - grobie Leandra, dokończył w myślach, porzucając obserwację tłumu, by móc wpatrywać się w jej twarz. Przez ostatni miesiąc mogła go nawiedzać jedynie w tych samych snach, w których raz po raz zabijał Donalda...
Naprawdę mu jej brakowało. I skłamałby, gdyby powiedział, że nie odczuł jakiejś chorej satysfakcji, kiedy patrzyła na niego z nienawiścią i obiecywała mu wzajemność.
I znalazł się wraz z nią w centrum tego absurdalnego pojedynku, chociaż nie chciał ściągać na siebie jeszcze więcej uwagi. Ale jeżeli Loretta miała obsesję na punkcie bycia najjaśniejszą gwiazdą na firmamencie magicznej społeczności, tak Alexander miał obsesję na punkcie Loretty.
Przyjechał dzisiaj, ledwie kilka godzin temu. Jego próby poznania wyroków przeznaczenia pozostały bezowocne. Nie udało mu się poznać całej prawdy o klątwie, którą reszta jego rodziny rzuciła na jego matkę, zanim jeszcze się urodził - Alexander dalej nie wiedział, czy do zamachu na życie brata pchnęła go własna ambicja, czy może to ten złowrogi poszept w jego głowie, ta wyśniona przedpowiednia, która coraz jaśniej klaryfikowała się w jego umyśle. Od czasu ataku na Donalda minął ponad miesiąc; media na szczęście skupiły się na jego bardziej popularnej szwagierce przypinając jej łatkę zabójczej femme fatale, zaś jemu - pogrążonego w głębokiej żałobie, uzależnionego brata z problemami; tego, który zawsze wolał stać w cieniu starszego z Mulciberów, realizując się jako naukowiec, nie jako polityk, bla bla...
W obliczu wszystkich tych trudności, po prostu chciał wiedzieć, że Loretta dalej jest po jego stronie.
Nie przeszkadzały mu nawet jej kłamstewka.
Czy ten pojedynek to była jakąś jej kolejna chora zagrywka, pokrętna gierka, która wymknęła się spod kontroli i - uciekając z zacisza ich alkowy - rozciągnęła się na większość magicznej śmietanki towarzyskiej? Wcale by go to nie zdziwiło. Cała ta sytuacja byłaby całkiem zabawna w normalnych okolicznościach: ona kochała atencję mas, on szczerze pogardzał pospólstwem (czyli każdym, kto nie parał się wróżbiarstwem i naukami pokrewnymi), oboje zaś uwielbiali snuć plany o tym, jak wznoszą się ponad rzeczywistością tych społecznych wszy...
Ale okoliczności nie były normalne. Może dlatego, że po incydencie z Donaldem - tym głupim skurwysynem, który nie umiał nawet zdechnąć jak człowiek - dalej nie potrafił dojść do siebie.
- Więc ot tak, po pięciu latach przypomniał sobie, że mógłby się nagle pobić z Louvainem o twój honor? - To, że większą część swojego życia Axel przetrwał w stanie wątpliwej trzeźwości nie oznaczało, że był głupi, choć niektórzy mogliby polemizować! w końcu za coś był w tym Ravenclawie. Przynajmniej pamiętał niemal wszystkie najważniejsze momenty swojej egzystencji na tym padole - nie to co Diana, która była tak głupia, że zapominała, że można jednocześnie iść i żuć gumę - a taki Alexander nie zapomniał nawet, że powinien być w żałobie, więc ubrał się stosownie (jego brat dalej żył, chociaż był warzywem, ale to szczegół)... Zapomniał, co prawda, że on i Loretta się NiEnAwiDzĄ.
Pięć lat temu? Dobre sobie... Wystarczyło jej - ile? - miesiąc? nieobecności Mulcibera, żeby znowu zaczęła sypiać z kim popadnie. Nie wierzył w ani jedno jej słowo, nie, kiedy jego rozsądek zmroziła zimna wściekłość, a jego dłoń płonęła, kiedy wpijała w nią swoje pazury.
Nie wiedział, czy to szok termiczny, czy zazdrość.
- Dobrze wiedzieć, że twoje uczucie potrafi przetrwać taką próbę czasu - powiedział powoli, ściszonym głosem, z ustami tuż przy jej uchu. Delikatność, z jaką Alexander dotknął jej policzka i odgarnął z jej buźki jakiś niesforny kosmyk, na dosłownie ułamek chwili zmieniła się w coś na kształt groźby, kiedy, opuszczając rękę, musnął jej szyję. - Może i ja powinienem się przygotować - tak na wypadek gdyby i Yaxley nagle zmartwychwstał, i chciał się pojedynkować w drzwiach naszej sypialni. Skoro taki śmieć przypomniał sobie - O WAS - po pięciu latach - czym jest taka... wieczność? dla n a r z e c z o n e g o - Słowa wyrzucał z siebie szybko, gniewnie, jakby pluł jadem - gdyby tylko wiedział, że i ona ma ochotę napluć mu do mordy! - a jego twarz wykrzywił grymas obrzydzenia, który mogła dostrzec tylko Loretta. Przez ten jeden moment emanował esencją czystej wściekłości, którą przecież zawsze tak dobrze kontrolował... Ale natychmiast się opanował. Co z tego, że ZNOWU ruchała się z jakimś Philipem Nottem skoro i tak zawsze wracała do niego?
Axel uśmiechnął się - po raz pierwszy od czasu wejścia na trybuny - i odsunął się nieco od Loretty (zrobił miejsce dla Ducha Świętego oraz jej potężnego ego) na odległość sugerującą, co prawda, lekko niestosowną poufałość - jego ręka dalej spoczywała podejrzanie swobodnie na kibici kobiety - ale dającą jeszcze zgromadzonym dookoła nich ludziom marną iluzję przyzwoitości. I tak zaraz obfotografują ich te wszystkie dziennikarzyny, resztki godności Loretty jej bliźniak gubił właśnie razem ze swoją dotąd niewzruszoną pewnością siebie na arenie... Zblazowana postawa Mulcibera, i igrający na ustach uśmiech mogły sugerować zgromadzonym, że właśnie szepnął pannie Lestrange na uszko jakiś niegrzeczny żart, a nie że w ostatniej chwili powstrzymał się przed zaciśnięciem palców na jej szyi i uduszeniem jej na oczach wszystkich.
- Kogo chcesz oszukać? - Jego głos był wyjątkowo łagodny, acz słychać w nim było nutę... pretensji? Zawodu? Uwielbiał dualistyczną naturę Loretty; to, że pod niewinnie uroczym usposobieniem i słodkim uśmiechem skrywała ogrom swojego zepsucia i absolutny brak moralności... Ale Axel wiedział, jaką płaci się za to cenę. Uważał się za zdecydowanie bardziej spaczonego od niej, a przecież popełnione zbrodnie prześladowały jego podświadomość - przestał temu zaprzeczać - nie zamierzał wyjść przez to na słabego, tylko dlatego, że ona udawała, że wszystko jest po staremu. Nie było. - Taka jesteś radosna, a wyglądasz jak cień dawnej siebie. Jakbyś stała jedną nogą w grobie - grobie Leandra, dokończył w myślach, porzucając obserwację tłumu, by móc wpatrywać się w jej twarz. Przez ostatni miesiąc mogła go nawiedzać jedynie w tych samych snach, w których raz po raz zabijał Donalda...
Naprawdę mu jej brakowało. I skłamałby, gdyby powiedział, że nie odczuł jakiejś chorej satysfakcji, kiedy patrzyła na niego z nienawiścią i obiecywała mu wzajemność.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat