Ciężki oddech skropił przestrzeń zapachem słodkim i dziwnie miękkim – tak jakby woń potrafiła być odczuwalnie cielesna; woń jej perfum rozlała się gdzieś między słowami, tą przeklętą bergamotką i drzewem sandałowym, otulając jej kruchą posturę. Gdzieś daleko w aberracji wspomnień zachowała Leandra, ale jego dotyk był wciąż namacalny – to, jak zaciskał palce na łabędziej szyi; jak rozmazał jej szminkę, nazywając kurwą, tuż przed wyjściem na urodziny jego rodzeństwa; jak wyciągał tę przeklętą papierośnicę – żywy dowód na to, iż nie była niezastąpiona – i jak tę właśnie papierośnicę rozbiła o kamienistą ścieżkę przy altance rezydencji; wreszcie: jak mówił o wspólnym życiu i dzieciach. Dzieciach, których przecież nie mogła mu dać i choć zaklinała brudny, obłudny sekret we wnętrzu – prędzej czy później dowiedziałby się, iż nie wyda mu na świat potomka. Mulciber z kolei był wspomnieniem, był babim latem i słodką wonią letnich pól rzepakowych, był też gwałtownością i burzą, która ciskała pioruny, łunami przecinając nieboskłon. Był jej uzależnieniem i prawowitym posiadaczem jej skorego do podrygów serca.
Miała w końcu obsesję bycia tą jedyną; najistotniejszą i najjaśniejszą, mrugającą z firmamentu nieosiągalności. Mrugała z okładek Proroka, brylowała na bankietach i ponad wszystko, ukochała sobie swój rozgłos, bycie na ustach i wodzenie za nią wzrokiem. A ruchy miała przecież pełne niewymownej gracji i wyważenia; tak, jakby trenowała właściwość kroków – jej jednak przychodziło to naturalnie. Wierzyła, że urodziła się, aby być gwiazdą, supernową przecinającą podszycie ziemskie, nawet jeśli byłaby to kometa śmierci, spalająca wodór ognistą wstęgą ciągnącą się za upadkiem. Była gotowa na upadek; moralność zaprzedała wraz z duszą diabłu.
On i to jego twarde spojrzenie, które szyło igłą jej oblicze. Nie wnikała w powody jego absencji – mieli to do siebie, że czasami bezsłownie znikali nawzajem ze swoich żyć, tylko po to, aby wrócić do nich ze zdwojoną mocą. Miękła więc pod jego dotykiem, czując, jak nogi w kolanach delikatnie zadrżały. Chciała go uderzyć i opaść mu w ramiona zarazem; coś w niej jednak drgnęło, zupełnie jakby nie była prawowitą właścicielką swojej cielesności.
On był jej właścicielem; musiał zdać sobie sprawę z tego już dawno.
Uwielbiali przecież istnieć na nieboskłonie jako niedosięgniony ideał i choć on unikał wszelkiego rozgłosu, a ona się nim karmiła – snucie planów przychodziło im gorliwie łatwo. Istnieli jako niejakie sputniki, bezwiednie krążące po swoich orbitach, acz przecinające się w pewnym momencie. Czasami na sekundę, czasami na odrobinę dłużej, każdorazowo wiodąc za drugim tęsknym spojrzeniem. Farsa będąca walką o jej zawyżoną godność była tylko jednym z epizodów, które miały uczynić z niej pożywkę dla prasy, w którą chętnie przecież by się zmieniła.
Ciężkie westchnięcie opadło na jej wargi welonem, gdy marszczyła brwi na jego słowa. Ach, przecież całość tej rozgrywki nie mieściła się na jednej stronicy luźno rzuconych zdań. Prostota wychylała się jednak spośród alkowy długiej historii, jak to Nott wrzucił jej wianek na pal podczas Beltane.
– Nie będę ci się tłumaczyć – wydukała jedynie, zamiast począć rozwijać poły zawikłanej opowieści o tym, jak została w oczach Philipa jadowitą tentakulą. – Dlaczego, dlaczego nie jesteś w stanie mi po prostu uwierzyć? Litości, Nott to błąd przeszłości i w przeszłości został zamknięty. Ty z kolei nie jesteś w stanie się pogodzić z tym, że w każdej kobiecie doszukujesz się mnie. Bertie, Octavia, Linda… a to tylko czubek góry lodowej, Alexandrze. Będąc w związku z każdą z nich wracałeś do mnie, wiedząc, że żadna z nich nie jest mną. A ty potrzebujesz mnie bardziej, niż ja ciebie – syknęła gorzko.
Ognisty płomień wypalił na jej policzkach pąs złości. Rozmowę zachowywała wciąż w wyważonym tonie, który nie sugerował drakońskiej kłótni, która miała miejsce. Wciąż układał dłoń na jej talii, wciąż sunął opuszkami palców po jej policzku, wciąż znaczył ją tą piekielną subtelnością dotyku, pod którym miękła każdorazowo. Uniosła wzrok, którym dotychczasowo błądziła po obliczach otaczającej ich ciżby, sowite pioruny igrające w głębi posyłając mu wprost. Chciała go skrzywdzić; chciała wbić paznokcie w skórę jego karku, pociągnąć go za luźny krawat, nauczyć go, czym jest najbardziej atawistyczny spośród bólu.
Słowa cięły bezlitośnie, a ona sama – zaklęta w posąg, acz przesycona absolutem wyrazu – rozwierała oczy jeszcze szerzej, gdy szept omiótł zwolna ucho, sycąc ją idyllą o narzeczonym, który miałby stanąć u progu ich życia. Nienawidziła, gdy sycił ją tymi słowami; gdy zachowywał się jak beznadziejny gówniarz, który nie widział stosu zapłakanych kobiet, które porzucał dla niej. Leander Yaxley już nie był elementem jej życia; porzuciwszy ją na początku kwietnia, podpisał istotnie cyrograf z samym diabłem, a tak się złożyło, że tym diabłem była Loretta. Demony nigdy nie przebaczają, Leandrze – kołysało się gdzieś w myślach, pomiędzy jego krzykami bólu.
Bo w każdej kobiecie widział ją; jej niesfornie opadające na czoło kosmyki grzywki, pełne, zawsze barwione czerwienią usta i wielkie, brązowe oczy, które zawierały w sobie niewinność tak ogromną, jak buńczuczny fatalizm, który zapowiadały. Nie potrafił się oderwać; nie potrafił zniknąć na lata, pozostawiając ją samą – bo choć swoje powroty usprawiedliwiał mnogimi faktorami, wiedziała, że najistotniejszym spośród nich była ona, spowita wonią czarnej magii i dusznymi perfumami goszczącymi w zagięciu szyi.
Widziała w jego oczach, jak powstrzymuje się od zaciśnięcia palców na jej szyi; jak bardzo chciałby zatopić jej bezwładne ciało; jak okrutna była ta potrzeba krzywdy, której przecież oboje od siebie oczekiwali na scenie ich relacji. Nie było to jednak miejscem; choć wychudła i bledsza, musiała prezentować się nienagannie w świetle fleszy, których jasne światło ją otulało w najbardziej intymnym spośród tańców. Drugą intymnością, której nie mogła okrzesać, była jego obecność tak blisko, że dławiła swoim samym jestestwem.
– Kogo chcę oszukać? – zabrzmiała, uginając brwi w bezradnym wyrazie. – Nie, Alexandrze, kogo TY chcesz oszukać, przychodząc tu jak zbity pies. Różnica jest taka, że zbite psy na ogół nie żebrzą tak o moją atencję, jak ty – syknęła jadowicie, na wargi przybierając kwiecisty uśmiech.
Było w końcu coś chorego i niepoprawnego w ich relacji, a każde obcowanie – czy przy publice, czy w zaciszu – kończyło się dwojako. Ich losy, splecione w nieodwołalność, syciły przeklętymi kantyczkami; bo przecież nie potrafili żyć bez siebie w równej mierze, jak ze sobą.