19.10.2023, 08:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.11.2023, 02:00 przez Brenna Longbottom.)
Ledwo zwróciła uwagę na jego dotyk, zbyt zajęta szpileczkami wbijającymi się jej w głowę. A ledwo chwilę później już stała z różdżką w ręku, tym razem szukając zagrożenia nie w Anthonym - który może i był porządnym człowiekiem, ale paskudne przeczucie, że stoi nie po tej stronie, co ona, wymuszało ostrożność - a otoczeniu.
Tyle że szybko zrozumiała, że z tym, co im grozi, walczyć nie może.
- Nie - odparła jakby z pewną rezygnacją, kiedy spytał, czy zamienili się w duchy. - A to było południe – sprostowała chwilę później, jakby to cokolwiek zmieniało wobec tłuczenia się z wampirami po nocy. Była zresztą zdziwiona, że w ogóle pamiętał, co powiedziała. - Poza tym wyszłam stąd żywa.
Oderwała spojrzenie od sufitu, kiedy wspomniał, że może nie patrzeć, przenosząc wzrok na niego. Nigdy w takich chwilach nie potrafiła rozgryźć, czy był to element gry, czy po prostu naprawdę zostało w nim coś z chłopca, którego zapamiętała z Hogwartu.
- Nie mam pojęcia, jak się stąd wydostać - przyznała po prostu. Nawet gdyby chciała zostawić go we wspomnieniach, a nawet nie przyszło jej to do głowy, nie miała pojęcia, co robić. Machnęła różdżką, szepcąc pod nosem zaklęcie rozpraszające, ale nic się nie stało.
Mężczyzna w kapturze dopadł wampirzycy. Schwycił ją wpół i dosłownie oderwał od Brenny - miało to jednak swój efekt, bo ugryziona ręka została wręcz rozszarpana, i z ust Brenny wreszcie wydobył się krzyk. Jej towarzysz cisnął napastniczką o najbliższy sarkofag, ale ta, choć drobna, odbiła się od niego tylko, umiejętnie przetaczając, unikając obrażeń.
Oboje znikli we mgle: widać było tylko ich sylwetki, których ruchy wskazywały na to, że starcie trwa.
Brenna ze wspomnienia też nie czekała.
Schwyciła różdżkę ręką, pokrytą krwią. Łatwo było domyśleć się, że z tak rozszarpanym przedramieniem rzucanie czarów nie będzie łatwe - o ile w ogóle zdoła to zrobić. Ale Brenna nie usiłowała czarować. W tej samej chwili, w której złapała za różdżkę, jej ciało nagle zwinęło się, i nie było tu już Brenny - tylko wilczyca o ciemnym umaszczeniu i pokrwawionej łapie.
Z wściekłym warkotem rzuciła się w mrok i mgłę, by dołączyć do walki.
A potem wszystko znikło: znów klęczeli w alejce.
Brenna odsunęła się gwałtownie, ale w dłoniach ducha zapłonęła kolejna zapałka. Ból głowy znów uderzył, sprawiając, że usiadła wprost na bruku i...
...świat znów zawirował, porywając ich w otchłań kolejnego wspomnienia.
*
Znów było ciemno. Nie tą ciemnością grobowca, bo świeciły gwiazdy i księżyc, a gdzieniegdzie były i latarnie, ale była noc, a ulica, na której się znaleźli, tonęła wśród cieni. Nokturn.
Ulicą nadchodziły dwie kobiety.
- Czasem jestem za bardzo Gryfonką. Nie myślę – powiedziała samokrytycznie Brenna i kopnęła jakiś przypadkowy kamyczek. Prawą rękę trzymała tuż koło różdżki, wystającej z kieszeni, i szła pewnym krokiem kogoś, kto wie, dokąd zmierza, nie spieszy się nadmiernie, ale i nie rozgląda, szukając dróg. Nie rozglądała się z niepokojem, ale czasem jej spojrzenie zwracało się ku którejś z alejek, ilekroć dostrzegła w takiej ruch.
- Cóż, udowadniasz tylko, że Tiara mała rację, przydzielając ciebie do Gryffindoru – odparła z pewnym rozbawieniem w głosie jej towarzyszka. Piękna kobieta o odrobinę egzotycznej urodzie, zdradzającej mieszane pochodzenie. Karnację miała nieco ciemniejszą niż ta Brenny, oczy czarne i ktoś, kto znał Brennę, pewnie wiele razy widział je razem – Mavelle Bones, kuzynka Longbottomówny.
- Wahała się przez moment. Zagroziłam chyba, że ją podpalę, jeśli spróbuje zrobić mi taki numer – stwierdziła Brenna, a kąciki jej ust zadrżały w tłumionym uśmiechu, może na to wspomnienie.
- Brennie, złotko, jestem pewna, że podpalilibyśmy ją we trójkę, gdyby odważyła się przydzielić cię do innego domu.
Rozmawiały cicho, a jednak doskonale słyszeli ich głosy. Może dlatego, że znajdowali się we wspomnieniu Brenny?
– Znowu pisali o was w Proroku. Ciekawe, kiedy się im znudzi. A chłopak z kafeterii pytał, czy to prawda, że zaczęłaś sypiać w trumnie. Nie mam pojęcia, skąd mu się to wzięło – rzuciła Brenna, zmieniając temat.
- Trumna, też mi coś, wymyślił – parsknęła Mavelle, kręcąc głową – Przecież to małe, drewniane, niewygodne, nikogo do niej nie zaproszę, bo się nie pomieścimy, a nie piję krwi, żeby spać w czymś takim, jak te wampiry z mugolskich filmów – oburzyła się zaraz. A potem… westchnęła. - Niektórzy muszą najwyraźniej zaopatrzyć się w porządne okulary. Regał. Kupowałam regał, bo tata nie miał czasu, a ten w domu najwyraźniej postanowił dokonać swojego żywota.
Brenna zerknęła na kuzynkę, a jej uśmiech poszerzył się i w końcu wybuchła śmiechem. Dźwięk dziwnie brzmiał na nocnym Nokturnie, gdy mijały ich raczej podejrzane indywidua, gdy z każdej strony mogło nadejść zagrożenie.
– Wiesz, Mavy, gdybyś potrzebowała, sprawię ci taką dużą, dwuosobową trumnę, z miękką wyściółką – obiecała, sięgając lewą ręką, by objąć kuzynkę w pasie. Bo prawa wciąż znajdowała się tuż przy kieszeni, by w razie czego błyskawicznie chwycić za różdżkę. Mavelle przez chwilę nie odpowiadała, a potem też zaczęła się śmiać – i dwie Brygadzistki w cywilu wędrowały tak przez noc, przytulone do siebie, roześmiane, dyskutując po cichu o tym, jak miałaby wyglądać trumna - Brenna sugerowała, że koniecznie muszą być świeczki i nietoperze - jakby wybrały się na miły, towarzyski spacer.
Wspomnienie rozwiało się.
Przez moment znów widziała ducha. Kolejną zapałkę, która zamigotała błękitnym światłem. Ból głowy ponownie uderzył, uniemożliwiając odsunięcie się, ucieczkę przed następną wyprawą w przeszłość.
*
Tym razem trafili… gdzieś w góry? Jednak to nie krajobrazy przyciągały wzrok: a raczej wielki troll, który właśnie unosił maczugę, by kogoś zmiażdżyć. Brenna zbierała się z ziemi, gdzieś za plecami stworami, spróbowała rzucić jakieś zaklęcie… i nic z tego nie wyszło.
W jednej chwili Brenna była na ziemi.W następnej odbiła się od najbliższego głazu i wskoczyła na plecy trolla.
Lewą ręką otoczyła jego szyję, co takiej istocie zapewne nijak nie przeszkadzało, bo Brenna mogłaby próbować dusić stwora najbliższy rok i nie wywołałoby to żadnego efektu. Nieco bardziej skuteczne okazało się dźgnięcie różdżką prosto w oko – które sprawiło, że maczuga wypadła trollowi z ręki, a z jego paszczy dobiegł ryk, który zdawał się odbijać echem po górach. Szarpnął się i w szaleńczej miotaninie, zdołał zrzucić Brennę, mocno ciskając nią dokładnie na tę samą skałę, z której przed chwilą odbiła się do skoku. Stoczyła się z niej na trawę, częściowo chyba ogłuszona, bo nie poderwała się od razu.
I to wspomnienie znikło.
Duch dziewczynki spojrzał na Brennę wielkimi oczyma, a potem znikł.
*
– Jasny szlag – westchnęła Brenna i przesunęła obandażowaną dłonią po czole. Dobrze, że nie zobaczył żadnego zebrania Zakonu Feniksa… – Co za paskudny dzień. Nie zostawaj tutaj długo, jeszcze dopadnie ciebie. I... dzięki. Za mojego brata, na statku – rzuciła, po czym skierowała się ku wyjściu z uliczki.
Tyle że szybko zrozumiała, że z tym, co im grozi, walczyć nie może.
- Nie - odparła jakby z pewną rezygnacją, kiedy spytał, czy zamienili się w duchy. - A to było południe – sprostowała chwilę później, jakby to cokolwiek zmieniało wobec tłuczenia się z wampirami po nocy. Była zresztą zdziwiona, że w ogóle pamiętał, co powiedziała. - Poza tym wyszłam stąd żywa.
Oderwała spojrzenie od sufitu, kiedy wspomniał, że może nie patrzeć, przenosząc wzrok na niego. Nigdy w takich chwilach nie potrafiła rozgryźć, czy był to element gry, czy po prostu naprawdę zostało w nim coś z chłopca, którego zapamiętała z Hogwartu.
- Nie mam pojęcia, jak się stąd wydostać - przyznała po prostu. Nawet gdyby chciała zostawić go we wspomnieniach, a nawet nie przyszło jej to do głowy, nie miała pojęcia, co robić. Machnęła różdżką, szepcąc pod nosem zaklęcie rozpraszające, ale nic się nie stało.
Mężczyzna w kapturze dopadł wampirzycy. Schwycił ją wpół i dosłownie oderwał od Brenny - miało to jednak swój efekt, bo ugryziona ręka została wręcz rozszarpana, i z ust Brenny wreszcie wydobył się krzyk. Jej towarzysz cisnął napastniczką o najbliższy sarkofag, ale ta, choć drobna, odbiła się od niego tylko, umiejętnie przetaczając, unikając obrażeń.
Oboje znikli we mgle: widać było tylko ich sylwetki, których ruchy wskazywały na to, że starcie trwa.
Brenna ze wspomnienia też nie czekała.
Schwyciła różdżkę ręką, pokrytą krwią. Łatwo było domyśleć się, że z tak rozszarpanym przedramieniem rzucanie czarów nie będzie łatwe - o ile w ogóle zdoła to zrobić. Ale Brenna nie usiłowała czarować. W tej samej chwili, w której złapała za różdżkę, jej ciało nagle zwinęło się, i nie było tu już Brenny - tylko wilczyca o ciemnym umaszczeniu i pokrwawionej łapie.
Z wściekłym warkotem rzuciła się w mrok i mgłę, by dołączyć do walki.
A potem wszystko znikło: znów klęczeli w alejce.
Brenna odsunęła się gwałtownie, ale w dłoniach ducha zapłonęła kolejna zapałka. Ból głowy znów uderzył, sprawiając, że usiadła wprost na bruku i...
...świat znów zawirował, porywając ich w otchłań kolejnego wspomnienia.
*
Znów było ciemno. Nie tą ciemnością grobowca, bo świeciły gwiazdy i księżyc, a gdzieniegdzie były i latarnie, ale była noc, a ulica, na której się znaleźli, tonęła wśród cieni. Nokturn.
Ulicą nadchodziły dwie kobiety.
- Czasem jestem za bardzo Gryfonką. Nie myślę – powiedziała samokrytycznie Brenna i kopnęła jakiś przypadkowy kamyczek. Prawą rękę trzymała tuż koło różdżki, wystającej z kieszeni, i szła pewnym krokiem kogoś, kto wie, dokąd zmierza, nie spieszy się nadmiernie, ale i nie rozgląda, szukając dróg. Nie rozglądała się z niepokojem, ale czasem jej spojrzenie zwracało się ku którejś z alejek, ilekroć dostrzegła w takiej ruch.
- Cóż, udowadniasz tylko, że Tiara mała rację, przydzielając ciebie do Gryffindoru – odparła z pewnym rozbawieniem w głosie jej towarzyszka. Piękna kobieta o odrobinę egzotycznej urodzie, zdradzającej mieszane pochodzenie. Karnację miała nieco ciemniejszą niż ta Brenny, oczy czarne i ktoś, kto znał Brennę, pewnie wiele razy widział je razem – Mavelle Bones, kuzynka Longbottomówny.
- Wahała się przez moment. Zagroziłam chyba, że ją podpalę, jeśli spróbuje zrobić mi taki numer – stwierdziła Brenna, a kąciki jej ust zadrżały w tłumionym uśmiechu, może na to wspomnienie.
- Brennie, złotko, jestem pewna, że podpalilibyśmy ją we trójkę, gdyby odważyła się przydzielić cię do innego domu.
Rozmawiały cicho, a jednak doskonale słyszeli ich głosy. Może dlatego, że znajdowali się we wspomnieniu Brenny?
– Znowu pisali o was w Proroku. Ciekawe, kiedy się im znudzi. A chłopak z kafeterii pytał, czy to prawda, że zaczęłaś sypiać w trumnie. Nie mam pojęcia, skąd mu się to wzięło – rzuciła Brenna, zmieniając temat.
- Trumna, też mi coś, wymyślił – parsknęła Mavelle, kręcąc głową – Przecież to małe, drewniane, niewygodne, nikogo do niej nie zaproszę, bo się nie pomieścimy, a nie piję krwi, żeby spać w czymś takim, jak te wampiry z mugolskich filmów – oburzyła się zaraz. A potem… westchnęła. - Niektórzy muszą najwyraźniej zaopatrzyć się w porządne okulary. Regał. Kupowałam regał, bo tata nie miał czasu, a ten w domu najwyraźniej postanowił dokonać swojego żywota.
Brenna zerknęła na kuzynkę, a jej uśmiech poszerzył się i w końcu wybuchła śmiechem. Dźwięk dziwnie brzmiał na nocnym Nokturnie, gdy mijały ich raczej podejrzane indywidua, gdy z każdej strony mogło nadejść zagrożenie.
– Wiesz, Mavy, gdybyś potrzebowała, sprawię ci taką dużą, dwuosobową trumnę, z miękką wyściółką – obiecała, sięgając lewą ręką, by objąć kuzynkę w pasie. Bo prawa wciąż znajdowała się tuż przy kieszeni, by w razie czego błyskawicznie chwycić za różdżkę. Mavelle przez chwilę nie odpowiadała, a potem też zaczęła się śmiać – i dwie Brygadzistki w cywilu wędrowały tak przez noc, przytulone do siebie, roześmiane, dyskutując po cichu o tym, jak miałaby wyglądać trumna - Brenna sugerowała, że koniecznie muszą być świeczki i nietoperze - jakby wybrały się na miły, towarzyski spacer.
Wspomnienie rozwiało się.
Przez moment znów widziała ducha. Kolejną zapałkę, która zamigotała błękitnym światłem. Ból głowy ponownie uderzył, uniemożliwiając odsunięcie się, ucieczkę przed następną wyprawą w przeszłość.
*
Tym razem trafili… gdzieś w góry? Jednak to nie krajobrazy przyciągały wzrok: a raczej wielki troll, który właśnie unosił maczugę, by kogoś zmiażdżyć. Brenna zbierała się z ziemi, gdzieś za plecami stworami, spróbowała rzucić jakieś zaklęcie… i nic z tego nie wyszło.
W jednej chwili Brenna była na ziemi.W następnej odbiła się od najbliższego głazu i wskoczyła na plecy trolla.
Lewą ręką otoczyła jego szyję, co takiej istocie zapewne nijak nie przeszkadzało, bo Brenna mogłaby próbować dusić stwora najbliższy rok i nie wywołałoby to żadnego efektu. Nieco bardziej skuteczne okazało się dźgnięcie różdżką prosto w oko – które sprawiło, że maczuga wypadła trollowi z ręki, a z jego paszczy dobiegł ryk, który zdawał się odbijać echem po górach. Szarpnął się i w szaleńczej miotaninie, zdołał zrzucić Brennę, mocno ciskając nią dokładnie na tę samą skałę, z której przed chwilą odbiła się do skoku. Stoczyła się z niej na trawę, częściowo chyba ogłuszona, bo nie poderwała się od razu.
I to wspomnienie znikło.
Duch dziewczynki spojrzał na Brennę wielkimi oczyma, a potem znikł.
*
– Jasny szlag – westchnęła Brenna i przesunęła obandażowaną dłonią po czole. Dobrze, że nie zobaczył żadnego zebrania Zakonu Feniksa… – Co za paskudny dzień. Nie zostawaj tutaj długo, jeszcze dopadnie ciebie. I... dzięki. Za mojego brata, na statku – rzuciła, po czym skierowała się ku wyjściu z uliczki.
Postać opuszcza sesję
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.