19.10.2023, 08:43 ✶
- Dzięki - powiedziała Brenna z pewną ulgą, kiedy więzy pochwyciły nogi mężczyzny. Puściła go wreszcie, ale tylko po to, by zaraz wykręcić mu ręce za plecy i skrępować je wyciągniętymi z kieszeni, magicznymi kajdankami. Był to jeden z najbardziej satysfakcjonujących momentów jej pracy: ten moment, w którym mogła takiego drania skrępować, z miłą świadomością, że nigdzie go nie puści. Oby jeszcze zdołały po odkryciu jego tożsamości powiązać go z czarną magią i udowodnić, że chciał te jednorożce zabić, a Brenna będzie już całkiem szczęśliwa! Chociaż, jak na czarnego maga, okazał się mało wymagającym przeciwnikiem. - Brenna Longbottom, Brygada Uderzeniowa. Jesteś aresztowany pod zarzutem współpracy z kłusownikami i zawarcia umowy zakupu jednorożców, z artykułu...
- To nie ja!!!
- Pewnie, pojawiłeś się tutaj czystym przypadkiem, bo chciałeś pozwiedzać - prychnęła Brenna. Podniosła się, jego również stawiając na nogi i wciąż podtrzymując, by nie zwiał. - Sadwick! Finite na Apollo, sprawdź, czy nic mu nie jest - poleciła stażyście, dalej tkwiącemu w pobliżu z uniesioną różdżką. Michael skulił się jakby w sobie i czym prędzej podbiegł do drzewa, pod którym wciąż leżał ogłuszony Brygadzista. Brenna z trudem powstrzymała zerknięcie w tamtą stronę. Martwiła się, czy mężczyźnie nic się nie stało podczas upadku, zwłaszcza, że był nieprzytomny.
Poza tym z ich czwórki tylko Apollo miał teleportację łączną i mógł zabrać gagatka do aresztu w Ministerstwie na przesłuchanie.
- Ja miałem tylko tutaj przyjść!
- Postać i ładnie pooglądać?
- Nie - jęknął człowiek, rozbieganym spojrzeniem wodząc między Victorią a Michaelem, który cucił właśnie drugiego Brygadzistę. - Miałem wziąć od nich kartkę, zostawić sakiewkę i odblokować czar chroniący dom, wpuścić ich tam, w porządku? A potem po prostu do niego wrócić... Nie potrzebuję żadnych jebanych jednorożców!
- Do jakiego "niego"? - spytała Brenna. W jej ton wkradły się ostrzejsze nuty, odruchowo wzmocniła uścisk, sprawiając, że mężczyzna jęknął i pochylił się do przodu. W głowie Detektyw właśnie powstała bardzo nieładna myśl. Taka, która ani trochę się jej nie podobała.
Może czarnoksiężnik był sprytniejszy niż zakładały.
Może poszło łatwo, bo... wcale go tu nie było.
- On... on mnie zabije - wyszeptał mężczyzna. Brenna syknęła i pochyliła się ku niemu.
- Jego tu nie ma, a my jesteśmy. Możesz powiedzieć nam, dokąd miałeś się stąd teleportować i go dopadniemy albo spędzić dożywocie w Azkabanie. Dementorzy to bardzo niemili współlokatorzy, wiesz?
Z ust mężczyzny wydobył się kolejny jęk. Nie, to chyba nie tak, że bał się Brenny. Nie była szczególnie straszną osobą. Ale wzmianki o Azkabanie zazwyczaj były bardzo skuteczne z prostego powodu: dementorzy już straszni byli. I chociaż Brenna nienawidziła tych istot z głębi duszy, musiała przyznać, że stanowili doskonałą broń w rękach Ministerstwa.
- To nie ja!!!
- Pewnie, pojawiłeś się tutaj czystym przypadkiem, bo chciałeś pozwiedzać - prychnęła Brenna. Podniosła się, jego również stawiając na nogi i wciąż podtrzymując, by nie zwiał. - Sadwick! Finite na Apollo, sprawdź, czy nic mu nie jest - poleciła stażyście, dalej tkwiącemu w pobliżu z uniesioną różdżką. Michael skulił się jakby w sobie i czym prędzej podbiegł do drzewa, pod którym wciąż leżał ogłuszony Brygadzista. Brenna z trudem powstrzymała zerknięcie w tamtą stronę. Martwiła się, czy mężczyźnie nic się nie stało podczas upadku, zwłaszcza, że był nieprzytomny.
Poza tym z ich czwórki tylko Apollo miał teleportację łączną i mógł zabrać gagatka do aresztu w Ministerstwie na przesłuchanie.
- Ja miałem tylko tutaj przyjść!
- Postać i ładnie pooglądać?
- Nie - jęknął człowiek, rozbieganym spojrzeniem wodząc między Victorią a Michaelem, który cucił właśnie drugiego Brygadzistę. - Miałem wziąć od nich kartkę, zostawić sakiewkę i odblokować czar chroniący dom, wpuścić ich tam, w porządku? A potem po prostu do niego wrócić... Nie potrzebuję żadnych jebanych jednorożców!
- Do jakiego "niego"? - spytała Brenna. W jej ton wkradły się ostrzejsze nuty, odruchowo wzmocniła uścisk, sprawiając, że mężczyzna jęknął i pochylił się do przodu. W głowie Detektyw właśnie powstała bardzo nieładna myśl. Taka, która ani trochę się jej nie podobała.
Może czarnoksiężnik był sprytniejszy niż zakładały.
Może poszło łatwo, bo... wcale go tu nie było.
- On... on mnie zabije - wyszeptał mężczyzna. Brenna syknęła i pochyliła się ku niemu.
- Jego tu nie ma, a my jesteśmy. Możesz powiedzieć nam, dokąd miałeś się stąd teleportować i go dopadniemy albo spędzić dożywocie w Azkabanie. Dementorzy to bardzo niemili współlokatorzy, wiesz?
Z ust mężczyzny wydobył się kolejny jęk. Nie, to chyba nie tak, że bał się Brenny. Nie była szczególnie straszną osobą. Ale wzmianki o Azkabanie zazwyczaj były bardzo skuteczne z prostego powodu: dementorzy już straszni byli. I chociaż Brenna nienawidziła tych istot z głębi duszy, musiała przyznać, że stanowili doskonałą broń w rękach Ministerstwa.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.