- Wylecenie w powietrze stawiałoby pytania. Czy zniknęłaś, przepadłaś, czy faktycznie umarłaś. To trochę słabe. Nikt nie byłby pewny. - Pewnie znaleźliby się jacyś specjaliści, którzy potrafiliby dowiedzieć się, co wydarzyło się naprawdę, jednak na świecie nie brakowało sceptyków, którzy byliby skłonni podważać ich opinię, a chodziło o to, żeby Olivia była znana ze swojego wyczynu.
Yaxley przygasiła swojego fajka w popielniczce, chwilę walczyła z tym, żeby żar przestał się tlić, jednak w końcu jej się udało. Po chwili podniosła wzrok i ponownie spojrzała na swoją towarzyszkę. Rozumiała o czym mówi. Ona sama oddalała się powoli od działalności swojej rodziny i pracowała na własną rękę. Mimo wszystko miała dostęp do rodzinnego majątku, nie potrafiła sobie wyobrazić, że nagle mogą ją odetnąć, jednak starała się przygotować sobie jakąś awaryjną opcję, gdyby nie daj Merlinie doszło do czegoś takiego. - Rozumiem, dobrze jest mieć wsparcie na początku. - Każdy jakoś zaczynał, jeśli miała w tym wsparcie rodziny to była szczęśliwcem, tak jak Gerry, bo zdawała sobie sprawę, że nie wszyscy mieli takie możliwości finansowe. - To jest najgorsze, ciągłe pytania. - Yaxley nie chodziło nawet o pracę, miała ze swoją matką podobny problem, tyle, że związany z jej stabilizacją życiową. Jennifer oczekiwała, że założy ona niedługo rodzinę, bo przecież była starą panną i przynosiła im wstyd. Powinna mieć już stado kaszojadów, z którymi spędzi resztę życia, tyle, że zupełnie nie tego pragnęła od życia Geraldine. Na samą myśl o tym, że mogłaby zostać matką dostawała torsji.
Gerry od zawsze miała bliższą relację z Gerardem. To on był jej wzorem do naśladowania od najmłodszych lat. To przez niego została wiedźminką łowcą. Gdyby nie to, że wziął ją pod swoje skrzydła nie mogłaby spełniać swoich marzeń. Na całe szczęście jemu nie przeszkadzało to, że była jedyną córką wśród całego rodzeństwa.
Uśmiechnęła się od ucha do ucha gdy usłyszała kolejne słowa Olivii. Dobrze było wiedzieć, że jest na szczycie czyjejś listy. - To miód na moje serce. - Nie zamierzała wcale ukrywać, że jest inaczej.
- Wspaniale, jak znajdziesz lokal, to daj znać, kupię ci coś ładnego na parapetówkę. - Chyba wypadało, czy coś. Pewnie przyniesie jakieś znalezisko z lasu, ale o tym wolała nie mówić, bo jeszcze jej nie zaprosi.
- Zdecydowanie lepiej inwestować w eliksiry, one mogą się przydać, gdy będzie źle. - Rozumiała jej tok myślenia, bo sama robiła podobnie. Może i sama nie angażowała się specjalnie w konflikt, ale wiedziała, że prędzej, czy później zacznie to dotyczyć również jej. Jej rodzina należała do przydupasów Czarnego Dzbana, sama Geraldine nie zamierzała opowiadać się po żadnej ze stron, chociaż rozmawiała już z Erikiem, że pomoże mu ze składnikami, a wiedziała, że Longbottom nie należy raczej do tych ślepo podążających za tradycją.
- Byłam w lesie dzień po tej masakrze. Knieja nie jest już bezpieczna, mieszkają w niej takie istoty, których nikt wcześniej nie widział. - Zmieniła ton głosu na zdecydowanie bardziej poważny. To, co zastała w Dolinie nawet ją nieco przeraziło, pewnie dlatego, że było czymś nowym. O mugolach nie słyszała, tym tematem nieszczególnie się interesowała.