Słysząc znajomy głos mruknął pod nosem coś co brzmiało jak o nie, albo o kurwa – może nawet oba. Spojrzał na nią, a jej twarz mu się tak śmiesznie rozmywała przed oczami, co spowodowało, że się uśmiechnął w ten swój cyniczny sposób. Nie było mu jednak do śmiechu, bo miał swoich wrogów i trochę obawiał się, że to oni stoją za jego odurzeniem. Obawiał się, że Brenna była zagrożona. Czuł się naprawdę fatalnie, kręciło mu się w głowie, a nawet było mu dziwnie ciężko na żołądku. Próbował opanować myśli i zapanować nad własnym ciałem.
– Paskudko, kochana – wybełkotał. Nie miał zamiaru wstawać, bo nogi miał jak z waty. Chciało mu się śmiać na widok ścian alejek, które falowały w jego oczach, ale na szczęście już się nie zwężały. Dobrze, że nie miał klaustrofobii, bo pewnie by wpadł w jakąś panikę i to jeszcze przy tej Paskudzie. – Ale masz ładną buźkę – uśmiechnął się patrząc jej w oczy, a nawet złapał jej policzki, aby ta jej buzia tak nie fruwała. – Normalnie nic tylko całować, naprawdę nie masz żadnego faceta pod płaszczem? – zapytał mrużąc oczy – Poszedłbym na twoje wesele – puścił jej twarz i oparł plecy o ścianę zamykając oczy. Od tego jak obraz mu się rozmywał zaczynało mu być niedobrze. Czuł, że efekt tego dziwnego kadzidła, które wyczuł wcześniej w powietrzu zaczynał schodzić, ale nie był w pełni sprawny.
– Wzięłaś trolla ze sobą? – zapytał nie otwierając oczu. – Ale mi dziwnie w dyni, nie wiem co się stało – jego głos był zdecydowanie słaby, a twarz bledsza niż zwykle.