Według niego quidditch był okropnym sportem. Kiedyś był jeszcze gorszy, bo krzywdził przy tym zwierzęta. Zdawał sobie sprawę, że były sporty bardziej niebezpieczne i ekstremalne, tak jak z tego, że w zasadzie to o przypadkach śmiertelnych czy częstych trwałych kontuzjach wcale się nie mówiło za bardzo. Przyjaźnił się (choć niepublicznie) z jedną z największych gwiazd tego sportu, więc cooś tam się o niego ocierał. Wolał o te wielkie i triumfalne chwile, niż te, które opisywały ludzką tragedię. Do tej gry trzeba było mieć zapał, siłę i refleks. Oczy dookoła głowy i jeszcze być odpornym na stres, ból i kochać zastrzyk adrenaliny. O to ostatnie raczej nie brakowało wśród wielu czarodziei jak i mugoli.
- Mądrze. - Przyznał trochę zdawkowo, tak nie chcąc się jakoś szczególnie nad tym rozwodzić, jak i nie chcąc pozostawać obojętnym i neutralnym wobec jej słów. - Mimo wszystko to nie jest najbardziej bezpieczny sport na świecie. Choć, oczywiście, współczuję rozpadu drużyny, pewnie było to przykre przeżycie..? - Trochę zapytał, trochę stwierdził. Ponieważ był skłonny posunąć się do myśli, że dla niej to wcale nie było takie ciężkie, skoro powiedziała, że nie była w tym dobra. Mogło to być trochę takie "oh, stało się, idźmy dalej". Stąd w ogóle nadanie formy pytania. Dziecięce marzenia potrafił być w końcu naprawdę głupkowate, gdy na nie spoglądaliśmy z obecnych czasów. Cofaliśmy się wstecz spojrzeniem, ale już nie sercem. Wtedy pragnienia i sny, dążenia i cele - wszystko łączyło się w jedno. Wystarczyło przed sobą zobaczyć drogę i już chciało się biec do celu. Od tego byli rodzice, żeby nas przytrzymywać i nie pozwalać tym fantazjom odlecieć zbyt daleko.
- Fakt, nie ma. - Uśmiechnął się na bardzo szybki skrót drogi myślowej, jaką przeszła od hipogryfa, poprzez jazdę na koniach aż do tego, że można latać na abraksanach. I miała rację - grzbiet zwierzęcia to grzbiet zwierzęcia, kiedy już opanujesz podstawy, jak siedzieć, jak wydawać komendy, to odnosiło się do właściwie do wszystkiego, na czym można było jeździć. Z tym, że jedno zwierzę posłucha chętnie - inne gorzej. Abraksany mimo anielskiego wyglądu, mimo splecionych grzyw z chmur niebiańskich, były bardzo trudnymi stworzeniami. W dodatku bardzo silnymi. Jeśli nie posłucha cię na lądzie - pół biedy. Nie posłucha cię w powietrzu? Śmierć. Tak apropo bezpieczeństwa sportów, co? Każdy sport potrafił być niebezpieczny, jeśli się nie uważało. W New Forest niestety również były wypadki. Powędrował za jej wzrokiem do srebrzystych, perłowych i śnieżnych pegazów, nawet wręcz czuł, że zwalniała, aaale nie pozwolił się jej zatrzymać. Nie ma mowy - zaraz mogą o tym zamienić słowo, dwa czy nawet pięćdziesiąt, ale niektóre rzeczy musiały przychodzić po kolei. Na przykład priorytet, żeby mu tutaj nie zmarzła, że trzeba ją było ogrzać. Znajdzie jej cieplejszy sweter i wtedy będą mogli ruszyć w kierunku rumaków, jeśli tylko by tego zechciała. - Lot potrafi być łatwiejszy od samej jazdy. Nie musisz uważać chociażby na to, że przypadkowa gałąź spróbuje zniszczyć twoją przejażdżkę. - Potraktował to żartem, ale naprawdę tak uważał. Jeśli potrafisz jeździć - z lataniem również sobie poradzisz.
- Staram się spoglądać pozytywnie na to, co większość osób nazwałaby głupotą, kiedy zamiast uciekać przed kelpie zaczynasz z nią tańczyć w wodzie. - Zaśmiał się cicho. Wyciągnął różdżkę i podszedł do znajdującego się tu z boku blatu, gdzie stał czajnik, a z wiszącej szafki wyciągnął filiżanki z herbatą. Magia robiła wszystko - to nie tak, że była tutaj kuchenka, skądże znowu. Laurent wychował się w rodzinie czystej krwi, u niego niemal wszystko robiło się za pomocą różdżki. Ewentualnie robiło się za niego samego, bo służby czy skrzatów domowych nie brakowało. - To bardzo piękne słowa - o dziecinnej naiwności stawianej naprzeciwko złu. Człowiek rodzi się z czystą kartą. Nie wszystkim dane jest przenieść tę czystość do późniejszego wieku. Niestety. - Skupił swoje spojrzenie na przygotowywaniu herbaty, a kiedy woda zaczęła się zagotowywać zaklęciem sam podszedł do wieszaka, żeby zdjąć z niego swoją szatę czarodziejską, brązową w jaśniejszą kratę, by nałożyć ją na ramiona Olivii. Nadal pachniała jego piżmowymi perfumami - bardzo lekkimi, z drzewnymi nutami i czujny nos wyczułby tam nutę brzozy i fiołków. Ewentualnie już wywietrzałymi, a nie lekkimi. Ach ta perspektywa... Nie, zdecydowanie nie był to zapach amortencji Olivii.
- Jeśli masz ochotę mogę cię przedstawić moim abraksanom. - Odszedł, by zająć się do końca herbatą, czekając aż woda się zaparzy. Duma wlazł w końcu do środka i poszedł na swoje wielkie legowisko pod oknem, żeby tam się umościć z ostentacyjnym ziewnięciem.