Widział to, wiedział i rozumiał - zatrzymanie się było kluczem do porażki. Jeśli pozwolisz, żeby ten paskudny deszcz spadł na ciebie i zmył z powierzchni twój cały kolor to będziesz jednym krokiem w stronę oddania wrogowi szansy na pokonanie cię. Nawet na szansę, że kiedy ten wróg przyjdzie pod drzwi twojego domu to nie będzie żadnego pukania. Sam otworzysz mu drzwi, uśmiechniesz się i powiesz "no wreszcie". Przywitasz Śmierć jak starego, dobrego przyjaciela, którym przecież nie powinna być, kiedy odchodzisz z tego świata przedwcześnie. Gdyby wiedział o widmowidzeniu Brenny pewnie nie potrafiłby nie otulić jej ramionami wtedy, na tamtej polanie, kiedy poprosiła go, żeby pokazał jej miejsce śmierci jej wuja. Zastanawiał się - kim był i kim jest, żeby to robić? Kiedy Brenna Longbottom miała wokół siebie mnóstwo ludzi, którzy rozumieli ją lepiej i którzy byli dla niej lepsi? Którym się zwierzała i z którymi dzieliła sekrety? Nie uważał się za nikogo istotnego w życiu tej dziewczyny, szczególnie, kiedy szkolna znajomość się rozeszła.
Drgnął, kiedy usłyszał swoje imię i uchylił oczy, żeby spojrzeć na Brennę i wysłuchać jej prośby. Nie to, że nie był pewien co do właściwości tej prośby, o której wspomniała Brenna, ale nie potrafił od razu przytaknąć głową, spoglądając na nią dokładnie tak, jak się czuł - ze smutkiem przecinającym sercem, które było aż ściskane przez to, czego się dowiedzieli. Nie tak to miało wyglądać, ale może trzeba się było po prostu dwa razy zastanowić wcześniej, zanim w ogóle się tego podjęli? Czy teraz przyjdzie powiedzieć: to było głupie, po co w ogóle się zgodziłam..? Przeniósł spojrzenie na Mavelle, kiedy niepewnie zaczęła, chyba chcąc uzupełnić prośbę Brenny. Skinął w końcu głową, czując dreszcz przecinający ciało. Ciężko było mu wydobyć z siebie jakieś słowo, bo jakie było dobre? Że mu przykro? Że im współczuje? Współczuł. Współczuł strasznie. Nie życzył czegoś takiego nikomu - utraty krewnego, który zmarł w bitwie, a przecież ta wojna ściągnęła już więcej żyć niż Derwina Longbottoma. Zamknął powieki, starając się nie dać owładnąć tym odczuciom, które zaczęły go wpychać pod powierzchnię.
Nastała cisza w pokoju. Przynajmniej dla Mavelle i Brenny. Derwin... zdawał się nie być bardzo zaskoczony. Chwilowy niepokój, pierwszy moment niezrozumienia, przerodził się w niepasujący do jego układanki puzzel - nadal obcy, ale przecież swój. Jego własny. Starał się to zrobić jak najdelikatniej. Z drugiej strony - jak powiedzieć delikatnie o tym, że przekroczył już granicę życia i śmierci? Derwin tego nie utrudniał, nie wypierał. Był jak żołnierz, który odetchnął na wiadomość, że jego służba została zakończona. Laurent chyba nie wiedziałby, jak inaczej te słowa określić. Uśmiech z żołnierzem na ustach.
- "Brenna obiecuje, że kiedyś się tam spotkacie. - Laurent nie potrafił tego powstrzymać. Ach, zawsze był beksą. Płakał, bo inni tak dzielnie się trzymali, a on nie rozumiał, jak. Łzy poleciały po jego policzkach spod zamkniętych powiek, kiedy niemal widział uśmiech Derwina przed sobą, a na pewno go czuł.
- "Niemądra dziewczyna! Niech nie będzie taka hop do przodu, bo jej tyłu zabraknie. Nie będę na nie czekał. Niech zajmą się życiem, a nie marnują je myśląc o staruszku." - Boże. Słodki Boże, jakie to było straszne i przerażające. Laurentowi zadrżały wargi, kiedy starał się powstrzymać ten płacz, ale łzy same sunęły w dół. Ta zjawiskowo oczyszczająca sól zmieszana z wodą podobna do oceanów pokrywających nasz świat.
- "Mavelle prosiła też, żeby powiedzieć, że sobie radzą. Nie musisz się o nie martwić. Radzą sobie i nie będą same." - To był... dobry człowiek. Po prostu dobry człowiek. Nawet mimo zimna zaświatów miał wrażenie, że mógł dotknąć jego ciepła, że Limbo nie zniszczyło go, jeśli w ogóle mogło. W życiu czegoś takiego nie przeżył, nie tak intensywnego. Ale to był jeden z powodów, dla którego nie mówił ludziom, że ma dar medium. Bo to... to było dla niego za dużo.
- Hahaha, zuchy... Dziękuję, Laurencie. Dobra z ciebie osoba. Mogę teraz odejść w spokoju...
To było jak oddech. Jak odetchnięcie. Derwin rozmył się, rozpłynął między jego palcami. Świece zgasły.
Laurent otworzył oczy i przechylił się w przód, obejmując się, ale zaraz chowając twarz w dłoniach. Płacząc jak dziecko. Chyba zrobili coś dobrego, prawda? Zrobili. Ktoś odszedł w pokoju, ktoś teraz w błogosławionym katharsis mógł czuwać nad tymi, których kocha i oczekiwać ich bez obawy o to, co się z nimi dzieje, czy sobie poradzą. Bez błądzenia i zastanawiania się, gdzie jest. Więc czemu to było takie cholernie trudne..?
- Przekazałem... - Odezwał się w końcu. - Powiedział... powiedział, że... - Uśmiechnął się miedzy łzami. - Żebyś nie była Brenno taka hop do przodu, bo ci tyłów zabraknie. - Zaśmiał się nieco między tymi łzami. - I że nie będzie na was czekał, bo powinnyście się zająć życiem, a nie myśleniem o nim. Odszedł... spokojny. - Zacisnął znów powieki. - Przepraszam. Przepraszam... - Sam nie wiedział za co. Za ten ból, za to wszystko, za to, że tak niewiele można było zrobić, że mógł tylko przekazywać im te słowa, a nie był w stanie... To zawsze było tak cholernie za mało. Czemu nie mógł zrobić niczego więcej? Czemu nikt tego człowieka nie mógł ocalić i zginął, zamiast trzymać Brenne i Mavelle za dłoń?
Teraz już nie była ducha, który by na to odpowiedział.