19.10.2023, 20:21 ✶
Może to i dobrze, że Moody nie zapytał wprost, bo trafiłby w sam środek tarczy, przebił ją na wskroś, przez co nie tylko on byłby rozjuszony, ale i Eden. Trafiłby w sedno sprawy, owszem, ale Alek chyba doskonale ją znał, wiedział, że nie znosiła, jak ktoś obnaża jej prawdziwe zamiary. Zwłaszcza tak dziecinne i błahe jak zazdrość o kogoś, kto jest tylko najlepszym kumplem. Kimś, kto z definicji nigdy nie powinien zająć jej miejsca, bo startował w zupełnie innej kategorii.
A jednak czuła niesmak, jakby miała kamyk w bucie, który uwierał ją niemożebnie, ale wszyscy się gapili i nie mogła po prostu tego buta zdjąć, bo nie przystoi. Tak, w tym momencie Bertie był takim mankamentem, nieproszonym gościem, w którym próbowała na siłę znaleźć jakąś wadę i nie mogła. Może jego optymizm był zbyt duży jak na jej gust, ale przecież to nie był grzech, a raczej kolejny powód do zazdrości, bo ona by tak nie potrafiła. Wszystko się rozchodziło o to, że Eden była zaborcza, terytorialna niczym dzikie zwierzę, a on po prostu wszedł w jej pole rażenia. Wiedziała, że to niedorzeczne, nie była głupia. A jednak nie była też wystarczająco mądra, by dać mu spokój i jak raz zbudować z kimś zdrową relację.
Zaśmiała się w głos, kiedy tymczasowy obiekt jej największej nienawiści, czyli Bertie, mianował ją dobrą osobą. Naprawdę zarejestrowała to jako żart, prawie jej łzy podeszły do oczu, bo przecież nie mógł tak myśleć na poważnie, prawda? Prawda?!
- Przepraszam cię najmocniej... co? - Zapytała, kompletnie w szoku, nie wierząc w to, co słyszy. Aż musiała się rozejrzeć, czy inni też nie wzięli tego za pyszny kawał.
Spojrzała uważnie na Alastora. Spostrzegła, że mu warga zadrgała. Uśmiechnęła się również, żeby nie pozostać dłużną, ale nie tak szeroko jak on; uśmiechnęła się niezręcznie, żeby nie powiedzieć sztucznie. Coś w jego twarzy było niecodziennego, wyglądał nieswojo, to nie był uśmiech, na widok którego traciła rozum. Poczuła się głupio, bo widziała, że wbiła mu jakimś stwierdzeniem szpilę, ale on nie dał się sprowadzić do parteru i nie rozpoczął walki. Wygrał bez niej, nokautując jej dumę.
Znowu wybrała przy nim złą opcję dialogową.
Wtem została nazwana jego narzeczoną. W tym momencie dosłownie miała ochotę zawyć z frustracji, bo te wszystkie absurdy nakładały się dziś na siebie, łącznie z tym przeklętym słońcem i księżycem, i zdawało się to wszystko nie mieć końca. Chciała rzucić czymś autorsko sarkastycznym, jakimś kochana, gdyby tylko ktoś nie przypomniał sobie o mnie dopiero po moim ślubie i długich latach milczenia, to może, kto wie, ale wiedziała, że wbije Alastorowi kolejną szpilę pod żebro i tym razem może już nie znieść tego z eleganckim uśmiechem. Chciała więc podziękować za komplement, skupić się na pozytywach, zignorować niepożądane (jak Moody istnienie Williama), ale znowu wcisnął się Bott, śpiesząc z wyjaśnieniami jej stanu cywilnego. Nadwyraz gorliwy dzisiaj był, doprawdy.
- Zgadza się - przyznała wreszcie, starając się ze wszystkich sił, żeby uśmiech nie wydał się Pandorze kwaśny. - William niestety nie był w stanie zaszczycić nas swoją obecnością - bo nawet nie dostał zaproszenia i absolutnie nikt nie tęskni - ale całe szczęście mam takich kompanów jak Bertie i Alastor, więc bawię się szampańsko. - Oświadczając tę najbardziej sztuczną wypowiedź tego pikniku, z wolna zaczęła zaplatać ręce za swoimi plecami, żeby Panna Prewett swoim małym oczkiem nie wyśledziła brakującej obrączki na palcu Eden. Niby nie powinno jej być nic do tego, ale lepiej dmuchać na zimne, skoro Bott ją tak wiernie przedstawił.
Powieka jej drgnęła, gdy Alastor przytulił Pandorę, ale jako najbardziej oddana żona Williama Lestrange nie drgnęła nawet o milimetr. Stała tam dzielnie, łypiąc na Botta jak jego najdzielniejszy obrońca nie patrzy, a jak patrzył, to zerkała w przestrzeń, próbując wykalibrować najkrótszą drogę do czegoś, co może okazać się alkoholem.
Po czym Moody się zachwiał, a ona zmarszczyła brwi, tylko po to, żeby samej poczuć uścisk w żołądku. Zamrugała gwałtownie, spojrzała na resztę towarzystwa, a później znowu na Alka.
- Wszystko dobrze? - Zapytała, łapiąc go za tę drżącą rękę. No i koniec z szaradami, ta dobra osoba z opowieści Botta wygrała - musiała sprawdzić, czy z nim wszystko gra.
A jednak czuła niesmak, jakby miała kamyk w bucie, który uwierał ją niemożebnie, ale wszyscy się gapili i nie mogła po prostu tego buta zdjąć, bo nie przystoi. Tak, w tym momencie Bertie był takim mankamentem, nieproszonym gościem, w którym próbowała na siłę znaleźć jakąś wadę i nie mogła. Może jego optymizm był zbyt duży jak na jej gust, ale przecież to nie był grzech, a raczej kolejny powód do zazdrości, bo ona by tak nie potrafiła. Wszystko się rozchodziło o to, że Eden była zaborcza, terytorialna niczym dzikie zwierzę, a on po prostu wszedł w jej pole rażenia. Wiedziała, że to niedorzeczne, nie była głupia. A jednak nie była też wystarczająco mądra, by dać mu spokój i jak raz zbudować z kimś zdrową relację.
Zaśmiała się w głos, kiedy tymczasowy obiekt jej największej nienawiści, czyli Bertie, mianował ją dobrą osobą. Naprawdę zarejestrowała to jako żart, prawie jej łzy podeszły do oczu, bo przecież nie mógł tak myśleć na poważnie, prawda? Prawda?!
- Przepraszam cię najmocniej... co? - Zapytała, kompletnie w szoku, nie wierząc w to, co słyszy. Aż musiała się rozejrzeć, czy inni też nie wzięli tego za pyszny kawał.
Spojrzała uważnie na Alastora. Spostrzegła, że mu warga zadrgała. Uśmiechnęła się również, żeby nie pozostać dłużną, ale nie tak szeroko jak on; uśmiechnęła się niezręcznie, żeby nie powiedzieć sztucznie. Coś w jego twarzy było niecodziennego, wyglądał nieswojo, to nie był uśmiech, na widok którego traciła rozum. Poczuła się głupio, bo widziała, że wbiła mu jakimś stwierdzeniem szpilę, ale on nie dał się sprowadzić do parteru i nie rozpoczął walki. Wygrał bez niej, nokautując jej dumę.
Znowu wybrała przy nim złą opcję dialogową.
Wtem została nazwana jego narzeczoną. W tym momencie dosłownie miała ochotę zawyć z frustracji, bo te wszystkie absurdy nakładały się dziś na siebie, łącznie z tym przeklętym słońcem i księżycem, i zdawało się to wszystko nie mieć końca. Chciała rzucić czymś autorsko sarkastycznym, jakimś kochana, gdyby tylko ktoś nie przypomniał sobie o mnie dopiero po moim ślubie i długich latach milczenia, to może, kto wie, ale wiedziała, że wbije Alastorowi kolejną szpilę pod żebro i tym razem może już nie znieść tego z eleganckim uśmiechem. Chciała więc podziękować za komplement, skupić się na pozytywach, zignorować niepożądane (jak Moody istnienie Williama), ale znowu wcisnął się Bott, śpiesząc z wyjaśnieniami jej stanu cywilnego. Nadwyraz gorliwy dzisiaj był, doprawdy.
- Zgadza się - przyznała wreszcie, starając się ze wszystkich sił, żeby uśmiech nie wydał się Pandorze kwaśny. - William niestety nie był w stanie zaszczycić nas swoją obecnością - bo nawet nie dostał zaproszenia i absolutnie nikt nie tęskni - ale całe szczęście mam takich kompanów jak Bertie i Alastor, więc bawię się szampańsko. - Oświadczając tę najbardziej sztuczną wypowiedź tego pikniku, z wolna zaczęła zaplatać ręce za swoimi plecami, żeby Panna Prewett swoim małym oczkiem nie wyśledziła brakującej obrączki na palcu Eden. Niby nie powinno jej być nic do tego, ale lepiej dmuchać na zimne, skoro Bott ją tak wiernie przedstawił.
Powieka jej drgnęła, gdy Alastor przytulił Pandorę, ale jako najbardziej oddana żona Williama Lestrange nie drgnęła nawet o milimetr. Stała tam dzielnie, łypiąc na Botta jak jego najdzielniejszy obrońca nie patrzy, a jak patrzył, to zerkała w przestrzeń, próbując wykalibrować najkrótszą drogę do czegoś, co może okazać się alkoholem.
Po czym Moody się zachwiał, a ona zmarszczyła brwi, tylko po to, żeby samej poczuć uścisk w żołądku. Zamrugała gwałtownie, spojrzała na resztę towarzystwa, a później znowu na Alka.
- Wszystko dobrze? - Zapytała, łapiąc go za tę drżącą rękę. No i koniec z szaradami, ta dobra osoba z opowieści Botta wygrała - musiała sprawdzić, czy z nim wszystko gra.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~