19.10.2023, 20:28 ✶
– Dbający o kogoś Prewettowie? W dodatku o kogoś z nieprzekupnych Longbottomów? To wbrew rodzinnym tradycjom – parsknęła. Głównie dlatego, że ich rodziny niezbyt się dogadywały. Bo że o siebie nawzajem w obrębie rodu dbali, nie wątpiła. (I że jest jedna Prewettówna dbająca i o innych doskonale wiedziała: Pandora była przemiłą dziewczyną, z sercem na dłoni. Ale musiała o tym przypomnieć ot tak, dla zasady.)
– Siedź cicho, bo mogę zmienić zdanie. Nie zapomniałam ci tego wyjca – wytknęła, pomagając się mu dźwignąć na nogi. To była ta… najłatwiejsza część, bo teraz jeszcze trzeba było dowlec się z nim do najbliższego punktu Fiuu, skoro wyleciały mu z głowy wszystkie adresy, pod jakie mógłby się udać w magicznym Londynie. W końcu wbrew temu, co mówiła, nie było mowy, żeby go tutaj zostawiła. Nie zostawiłaby byle gdzie nikogo, kogo znalazłaby w takim stanie, a Vincent był jej (nie)przyjacielem. Przybiegłaby, gdyby potrzebował pomocy, choćby musiała gnać przez cały kraj. I nieważne, jak bardzo wcześniej by ją wkurzył.
– Jasne, zostawię cię tu, ktoś dźgnie cię nożem, wrócisz jako duch i będziesz chodził za mną na wszystkie spacery, a ja będę musiała błagać egzorcysty, żeby mnie od ciebie uwolnił. O nie, nic z tego, Sherwood – mruknęła, ruszając powoli do przodu. Trzymała się blisko ściany, tak, by w razie czego mógł się o nią podeprzeć. A jeżeli to nie podziała, cóż, zostawały zawsze magiczne nosze. Brenna cieszyła się, że tłum na Pokątnej już się przerzedził, a chociaż przechodnie jeszcze się zdarzali (w końcu to była ruchliwa ulica) to w świetle lamp trochę trudniej było ich rozpoznać. – Idziemy do kominka, a potem do Warowni Longbottomów, na szczęście ostatnio przygotowaliśmy kilka pokoi dla gości – zdecydowała, tonem nieznoszącym sprzeciwu. Zresztą, Prewett, chociaż zwykle sprzeczali się o różne drobiazgi choćby dla zasady – przy nim stawała się bardziej uparta i bardziej przeklinająca, zapewne dlatego, że taka była jako gówniara, a jako gówniara zaczęła się z nim wykłócać i weszło jej w to nawyk – akurat tego wieczora raczej nie był w stanie, który pozwalał mu na upieranie się przy swoim.
– Siedź cicho, bo mogę zmienić zdanie. Nie zapomniałam ci tego wyjca – wytknęła, pomagając się mu dźwignąć na nogi. To była ta… najłatwiejsza część, bo teraz jeszcze trzeba było dowlec się z nim do najbliższego punktu Fiuu, skoro wyleciały mu z głowy wszystkie adresy, pod jakie mógłby się udać w magicznym Londynie. W końcu wbrew temu, co mówiła, nie było mowy, żeby go tutaj zostawiła. Nie zostawiłaby byle gdzie nikogo, kogo znalazłaby w takim stanie, a Vincent był jej (nie)przyjacielem. Przybiegłaby, gdyby potrzebował pomocy, choćby musiała gnać przez cały kraj. I nieważne, jak bardzo wcześniej by ją wkurzył.
– Jasne, zostawię cię tu, ktoś dźgnie cię nożem, wrócisz jako duch i będziesz chodził za mną na wszystkie spacery, a ja będę musiała błagać egzorcysty, żeby mnie od ciebie uwolnił. O nie, nic z tego, Sherwood – mruknęła, ruszając powoli do przodu. Trzymała się blisko ściany, tak, by w razie czego mógł się o nią podeprzeć. A jeżeli to nie podziała, cóż, zostawały zawsze magiczne nosze. Brenna cieszyła się, że tłum na Pokątnej już się przerzedził, a chociaż przechodnie jeszcze się zdarzali (w końcu to była ruchliwa ulica) to w świetle lamp trochę trudniej było ich rozpoznać. – Idziemy do kominka, a potem do Warowni Longbottomów, na szczęście ostatnio przygotowaliśmy kilka pokoi dla gości – zdecydowała, tonem nieznoszącym sprzeciwu. Zresztą, Prewett, chociaż zwykle sprzeczali się o różne drobiazgi choćby dla zasady – przy nim stawała się bardziej uparta i bardziej przeklinająca, zapewne dlatego, że taka była jako gówniara, a jako gówniara zaczęła się z nim wykłócać i weszło jej w to nawyk – akurat tego wieczora raczej nie był w stanie, który pozwalał mu na upieranie się przy swoim.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.