19.10.2023, 23:06 ✶
- Daj spokój, cała przyjemność po mojej stronie - zapewniła Brenna naprawdę szczerze, chociaż odłożyła wielkie pudło, jakie dźwigała, na blat z ogromną ulgą. Głównie dlatego, że było naprawdę ciężkie.
Lubiła dzieci. A że tego ranka odwiedzała swoją chrześnicę, by podrzucić jej prezenty, a w nocy wysyłała sowę z prezentami dla Franka i Alice do Hogwartu, tym mocniej uderzało ją, że tym dzieciakom nie miał kto pomóc i zwyczajnie chciała tutaj być. Pieniądze na prześcieradła i prezenty? Brenna miała więcej niż mogłaby wydać przez trzy życia, więc nie było to dla niej żadnym problemem. Zresztą do dokupionych na szybko ubrań mogła dorzucić i trochę tych, z których Frankie niedawno wyrósł, bo były porządne, najlepszej jakości, a że wszyscy domownicy mieli zapędy w obsypywaniu go prezentami - prawie nie noszone. Czas też znalazła, bo przecież nie było mowy o odmówieniu Cainowi, nieważne, czy chciał, żeby zrobiła zakupy dla paru sierot, poszła razem z nim szukać wielkich pająków w Zakazanym Lesie czy pomogła mu wybrać nową szatę na Pokątnej.
Jej spojrzenie powędrowało w stronę dzieci, siadających wokół choinki. Ich widok wywoływał w niej mieszankę różnych uczuć, bo tak jak bardzo ją rozczulały, tak samo mocno bolało, że nie miały takiego dzieciństwa, jakie pamiętała ona. Beztroskiego. W gronie kochającej rodziny. W którym nie brakowało absolutnie niczego. Zawsze uważała, że wszystko, co w niej dobre, istniało właśnie dlatego, że urodziła się w takiej, a nie innej rodzinie.
Chciała do nich podejść, może zagadać, bo ten czas dla tych dzieci był równie ważny, co prezenty i ciepła kurtka, ale Cain schwycił ją za ramię. Pozwoliła odciągnąć się mu na bok bez protestów, bo Bletchley może miewać niekiedy skłonność do głupich żartów, ale w tej chwili, skoro chciał powiedzieć coś poza uszami dzieci... miał na pewno powodów.
Niestety, nie myliła się.
Brenna zesztywniała, gdy wspomniał o ciemnej aurze, bo skoro Cain tak mówił, prawdopodobnie się nie mylił - a skoro aura była ciemna, to już mieli zapewne do czynienia z kimś naprawdę paskudnym. Wzrok kobiety odruchowo pobiegł do dzieci, a jej palce na krótki moment zacisnęły się w pięści. To były sieroty, to miejsce zapewniało fatalne warunki - choć i tak lepiej tu niż gdyby miały być w mugolskim sierocińcu... - a na dodatek jakiś drań kręcił się w pobliżu?
Wypuściła powietrze z płuc, odpychając od siebie te wszystkie paskudne myśli i emocje, a przełączając się na tryb planowania. Bo Brenna była narwaną wariatką, ale w takich sytuacjach w jej głowie od razu rozwijała się lista rzeczy do zrobienia, i często od razu pojawiały się też spisy załączników, a także dodatkowe odnośniki.
- Damy radę - obiecała, przenosząc spojrzenie na Caina. - Sierociniec, który wspiera mama, dwoje będzie mógł przyjąć od ręki. Jedną dziewczynkę ledwo stamtąd adoptowano, mają miejsce. Pozostali... Zorganizujemy tutaj dyżury, dopóki ich nie przeniesiemy, dzisiaj ja mogę zostać na noc. Napiszę kilka listów, coś skombinujemy, w najgorszym razie wezmę ich parę dni do nas.
Wolałaby uniknąć tego ostatniego rozwiązania, bo nie chciałaby, aby dzieci do nich nadmiernie przywykły. Mimo zapędów do adoptowania innych, wiedziała, że nie może po prostu przygarnąć paru sierot na stałe – nie teraz na pewno, kiedy Zakon raczkował, kiedy w Ministerstwie panował chaos, bo potrzebowały stabilności, osób, które staną się dla nich prawdziwymi rodzicami, a nie wiecznie zabieganej opiekunki. Tak, umieszczenie ich gdzieś, nawet czasowo, nie będzie takie łatwe, ale znała wielu ludzi, miała kontakty z właścicielami sierocińców, mogła przynajmniej próbować.
Lubiła dzieci. A że tego ranka odwiedzała swoją chrześnicę, by podrzucić jej prezenty, a w nocy wysyłała sowę z prezentami dla Franka i Alice do Hogwartu, tym mocniej uderzało ją, że tym dzieciakom nie miał kto pomóc i zwyczajnie chciała tutaj być. Pieniądze na prześcieradła i prezenty? Brenna miała więcej niż mogłaby wydać przez trzy życia, więc nie było to dla niej żadnym problemem. Zresztą do dokupionych na szybko ubrań mogła dorzucić i trochę tych, z których Frankie niedawno wyrósł, bo były porządne, najlepszej jakości, a że wszyscy domownicy mieli zapędy w obsypywaniu go prezentami - prawie nie noszone. Czas też znalazła, bo przecież nie było mowy o odmówieniu Cainowi, nieważne, czy chciał, żeby zrobiła zakupy dla paru sierot, poszła razem z nim szukać wielkich pająków w Zakazanym Lesie czy pomogła mu wybrać nową szatę na Pokątnej.
Jej spojrzenie powędrowało w stronę dzieci, siadających wokół choinki. Ich widok wywoływał w niej mieszankę różnych uczuć, bo tak jak bardzo ją rozczulały, tak samo mocno bolało, że nie miały takiego dzieciństwa, jakie pamiętała ona. Beztroskiego. W gronie kochającej rodziny. W którym nie brakowało absolutnie niczego. Zawsze uważała, że wszystko, co w niej dobre, istniało właśnie dlatego, że urodziła się w takiej, a nie innej rodzinie.
Chciała do nich podejść, może zagadać, bo ten czas dla tych dzieci był równie ważny, co prezenty i ciepła kurtka, ale Cain schwycił ją za ramię. Pozwoliła odciągnąć się mu na bok bez protestów, bo Bletchley może miewać niekiedy skłonność do głupich żartów, ale w tej chwili, skoro chciał powiedzieć coś poza uszami dzieci... miał na pewno powodów.
Niestety, nie myliła się.
Brenna zesztywniała, gdy wspomniał o ciemnej aurze, bo skoro Cain tak mówił, prawdopodobnie się nie mylił - a skoro aura była ciemna, to już mieli zapewne do czynienia z kimś naprawdę paskudnym. Wzrok kobiety odruchowo pobiegł do dzieci, a jej palce na krótki moment zacisnęły się w pięści. To były sieroty, to miejsce zapewniało fatalne warunki - choć i tak lepiej tu niż gdyby miały być w mugolskim sierocińcu... - a na dodatek jakiś drań kręcił się w pobliżu?
Wypuściła powietrze z płuc, odpychając od siebie te wszystkie paskudne myśli i emocje, a przełączając się na tryb planowania. Bo Brenna była narwaną wariatką, ale w takich sytuacjach w jej głowie od razu rozwijała się lista rzeczy do zrobienia, i często od razu pojawiały się też spisy załączników, a także dodatkowe odnośniki.
- Damy radę - obiecała, przenosząc spojrzenie na Caina. - Sierociniec, który wspiera mama, dwoje będzie mógł przyjąć od ręki. Jedną dziewczynkę ledwo stamtąd adoptowano, mają miejsce. Pozostali... Zorganizujemy tutaj dyżury, dopóki ich nie przeniesiemy, dzisiaj ja mogę zostać na noc. Napiszę kilka listów, coś skombinujemy, w najgorszym razie wezmę ich parę dni do nas.
Wolałaby uniknąć tego ostatniego rozwiązania, bo nie chciałaby, aby dzieci do nich nadmiernie przywykły. Mimo zapędów do adoptowania innych, wiedziała, że nie może po prostu przygarnąć paru sierot na stałe – nie teraz na pewno, kiedy Zakon raczkował, kiedy w Ministerstwie panował chaos, bo potrzebowały stabilności, osób, które staną się dla nich prawdziwymi rodzicami, a nie wiecznie zabieganej opiekunki. Tak, umieszczenie ich gdzieś, nawet czasowo, nie będzie takie łatwe, ale znała wielu ludzi, miała kontakty z właścicielami sierocińców, mogła przynajmniej próbować.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.