Nie było takiej pory roku, która nie przemawiałaby do Laurenta swoim pięknem. Nawet ponure, szare dni, jakie potrafiły gościć nad ślicznymi kamieniczkami Londynu posiadały urok. Podobne były do pierzyny, którą naciągasz na swoje ramiona z uśmiechem przy trzaskającym ogniu kominka, żeby skryć się przed chłodem i uciec jak najdalej od przeszywającego wiatru. Mieszkanie nad morzem miało jednak swoje minusy z tym związane - już kiedy zakradał się chyłkiem październik do bram New Forest porzucało się lato, by nie dać się zabić mrozowi, który atakował aż do kości. Ubranie i skóra nie były dlań wielkim wyzwaniem.
Nawet kiedy dni naprawdę zachęcały do tego, żeby zostać domu, były takie imprezy towarzyskie, których Laurent przegapić najzwyczajniej w świecie nie mógł. Nie chodziło nawet o to, czego dokładnie dotyczyły - mogły i być świętowaniem wygranej Anglii w międzynarodowych mistrzostwach quidditcha, którego naprawdę nie znosił - gdyby dostał zaproszenie nie tylko nie potrafiłby odmówić, ale wręcz przyjąłby je z otwartymi ramionami. Tylko po to, by mieć okazję powdychać tych mieszanin perfum, poobserwować wargi tonące w głębokiej wiśni wina i mieć okazję przeciągnąć spojrzeniem po żywych kształtach. Zamienić parę słówek to tu to tam. Szepnąć na uszko to, co można było wypowiedzieć na głos jak i szeptać o tym, co powinno być przeznaczone tylko dla drugich uszu. Tutaj jednak sprawa była trochę bardziej osobista niż tylko zaproszenie przez znajomego czy znajomą. Nie mogło być inaczej niż przypadnięcie jednej z nagród dżokejowi dosiadającego ogiera ze stajni Prewettów. A jeśli stałoby się inaczej... nie, nie było takiej opcji. Edward Prewett, jego ojciec, by do tego po prostu nie dopuścił. I blondyn nawet nie chciał się zastanawiać, jakich dróg do tego używał i czy ktoś mieszał w głosach przelewając galeony ze skrytki do skrytki Gringotta. Był to też powód, dla którego nie przyszedł tutaj sam. Edward, jego ochroniarz Kevin Costner, który jak zwykle w garniaku wyglądał jak miliony monet, ale kobiety będą musiały jeszcze poczekać parę chwil na wzdychanie do niego, nim nakręcą film bodyguard na podstawie prawdziwych wydarzeń (chociaż oby nie). Nie zdziwił się wcale, kiedy Edward wyłapał Rigellusa Bartholomewa Rosiera i postanowił się z nim przywitać. Nie to, żeby Laurent nie mógł uścisnąć mu dłoni, jednemu z najlepszych projektantów, jego skromnym zdaniem, w całej Anglii, a nawet i poza nią. Tym nie mniej wcale nie zamierzał i nie planował pchać się do przodu, kiedy ewidentnie podszedł tam jeszcze jeden mężczyzna, chyba niekoniecznie trzeźwy, co zaraz pewnie miało skutkować niezadowoleniem głowy rodu Prewett i...
Ułożył dłonie automatycznie tak, jakby chciał nimi złapać ramiona kobiety, która tak się cofała, że przez moment sądził, że upadnie po nastąpieniu na but. Ale nie. Nie straciła równowagi, gładko stanęła na swoich nogach, naprostowała się. Obróciła.
- Merkuria! - Uśmiech rozjaśnił jego twarz, całkowicie sympatyczny - niektóre osoby dobrze było widzieć po szkolnych latach, nawet jeśli ciężko mówić o tym, żeby były to lata owocne. Laurent nie przepadał wracać do czasów szkolnych i żadne pieniądze (które kochał) nie namówiłyby go do tego, żeby tam się cofnąć. Do tej beznadziejnej bezradności, gdzie dzieciaki układały swój świat i swoją władzę, a profesorowie reagowali od przypadku, kiedy akurat było co udowadniać. Albo w zależności od tego, na jakiego profesora trafiłeś. Uważał swój okres życia szkolnego za niechlubny, albo wręcz - upokarzający. Bardzo wiele się zmieniło od tamtego czasu. Ona również się zmieniła. Wypiękniała, dojrzała, a co z życiem? Udało jej się coś więcej, poszła w ślady ojca? W końcu od zawsze miała ten niezwykły talent do tworzenia wszystkiego, co piękne, a jej dłonie były chyba najbardziej cennymi dłońmi w Hogwarcie. Podziwiał ją i admirował jej talent. - Ooch, dziękuję... choć nie ukrywajmy, przy twojej urodzie blaknę jak proste tło. - Przytrzymał jedną rękę przed sobą, spoglądając, z jaką miłością kobieta przesuwa dłoń, by poczuć materiał. Dla jej zmysłów o wiele milszy od ludzkiej skóry - tak zawsze uważał. Artyści już tak mieli i był tym absolutnie zafascynowany. - Ciebie też bardzo miło widzieć. - Zażartował, unosząc wzrok z jej dłoni na jej twarz. Oczywiście, że to nie była taniocha! Laurent mógłby jak smok spać na pieniądzach, ale nigdy ich nie żałował na to, żeby dobrze wyglądać. Albo wręcz najlepiej wyglądać. Tak ganiał i dbał o swoją urodę jak i o to, w co się ubierał. Choć preferował jasne kolory, już w szkole zauważając, że to działa na ludzi, ten image aniołka, tak na gale takie jak te jednak stawiał na barwy ciemniejsze. Dziś był to granat i szarość podkreślająca jego nienaturalne oczy wyglądające jak lazurowe, krystaliczne wybrzeża morza. - Nie ma tu czego zazdrościć, przecież twoje kreacje to zupełnie inna półka, szanujmy się, droga Merkurio... - Oczywiście to była uprzejmość, bo konkurencja w modzie rzeczywiście potrafiła być niemała.
- Mój ojciec spodziewa się wygranej jednej ze statuetek dla swojego dżokeja, więc impreza była obowiązkowa... a i nawet bez obowiązkowości nie przepuściłbym okazji na gorące ploteczki. - Bo w końcu co robiono w śmietance towarzyskiej, jeśli nie plotkowano. - A ty? Przyszłaś ocenić, czy na pewno nikt nie ubiera lepiej niż dom Rosier? - Zażartował i zaraz spojrzał ukradkiem na najbliższe osoby, jakby już chciał szukać celu, którego zdecydowanie poniosła wyobraźnia w tym sezonie. Bo akurat ekstrawaganckich bogaczy z dziwnymi pomysłami ubraniowymi nie brakowało.