20.10.2023, 14:43 ✶
Brenna nie była aż tak naiwna. Oszustów zwykle dość łatwo wyczuwała, a przyjaciołom owszem, oddałaby wszystko, o co poprosili... tyle że...
Zasadniczo Brenna uważała, że Alastor i Cain byli dużo lepszymi i bardziej empatycznymi ludźmi od niej.
Nie chodziło nawet o to, że widzieli aury (a raczej jeden z nich widział je kiedyś). Po prostu nieśli pomoc nawet, jeżeli musieli mocno kombinować, w jaki sposób tej udzielić. Żeby kogoś nakarmić, odejmowali sobie od ust. I wyrośli na takich ludzi mimo tego, że w ich domach raczej się nie przelewało. Oczywiście, Brenna nie znała pełnej sytuacji rodzinnej kuzynów, ale łatwo było się domyśleć, że aurorska służba odcisnęła swoje piętno i na ojcu jednego, i na matce drugiej. Podczas gdy jej ojciec, nawet jeżeli prowadził najpaskudniejsze sprawy, pozostał człowiekiem wprawdzie surowym i wymagającym, to też na swój sposób wspierającym i rodzinnym, z nimi sprawa wyglądała inaczej. Ich rodzice prawdopodobnie nie byli zawsze obok. Nie zawsze mogli liczyć na wsparcie, nie mieli na wyciągnięcie ręki wszystkiego, po co tylko zechcieliby sięgnąć, nie mieli obok siebie masy ludzi równie beztroskich jak oni. Skrzatki, podsuwającej pod nos deser, matki, która ganiła za przewinienia, ale chwaliła za osiągnięcia, i starszego brata, zbierającego cię z ziemi, kiedy spadniesz z drzewa.
Brenna nie uważała, żeby bycie szczodrą w jej przypadku o czymkolwiek świadczyło. Było łatwe, kiedy jej skrytkę Gringotta wypełniały galeony, jakie matka przelewała tam regularnie od narodzin córki, i którymi potem zasypano skarbiec, gdy zmarł dziadek Potter. Nie musiała się zastanawiać, skąd wziąć potrzebne środki ani niczego sobie odmawiać, gdy je wyciągnęła - więc co tak naprawdę dawała od siebie? Najwyżej odrobinę czasu.
W przypadku Caina sprawa przedstawiała się inaczej.
Dlatego ostatecznie to chyba on był lepszym człowiekiem od niej.
- Jasne, pobawię się z nimi - zapewniła tylko i poklepała go po ramieniu. O tak, też liczyła, że się pomylił, ale nie wolno im było tak zakładać. Po prostu nie. A pójść do Ministerstwa... Dowodów było za mało. A Ministerstwo nie mogło być wszędzie.
Oni niestety też nie.
Brenna odepchnęła jednak od siebie tę myśl, bo może nie byli wszędzie, ale byli tutaj.
- Och, jestem lepsza od świętego Mikołaja - zapewniła Brenna wesoło, kiedy dzieci zaczęły podpytywać. - Też przynoszę prezenty, w razie potrzeby wlezę gdzie trzeba przez komin, a jestem od niego dużo ładniejsza - oświadczyła, robiąc przy tym komiczną minę. Przyklękła przy choince, gotowa pomóc dzieciakom z bombkami, i w pierwszej chwili nie zdawała sobie sprawy z tego, że kogoś tu brakuje, bo nie zdążyła przecież poznać nawet ich imion, nie mówiąc o twarzach, ale...
...czy gdy tu wchodziła, nie było jeszcze jednego dzieciaka?
- Hej, a gdzie wasz kolega? Nie stał tutaj wcześniej?
– Aaaa? Basil? Pewnie się gdzieś schował. On ciągle płacze za rodzicami…
– Chyba wyszedł, jak rozmawialiście – dodała jedna z dziewczynek, a Brenna… może nie zakładałaby niczego złego, ale opowieść Caina o tym, że był tu ktoś z czarną aurą…
Dźwignęła się na nogi w tej samej chwili, w której opiekunka od dzieci ruszyła w głąb domu, nawołując chłopca.
– Jeśli go tu nie ma, niech pani przyniesie jakieś jego ubranie! – zawołała Brenna, wściekła na samą siebie, że od razu nie zauważyła, że dzieciaka nie było w pomieszczeniu. Pewnie znikł Marii z oczu, kiedy Cain i Brenna rozmawiali z boku. – Sprawdzę, czy zostały jego buty – mruknęła, ruszając ku drzwi, zamierzając sprawdzić, ile par dziecięcych bucików tam stoi. Do licha, może chłopiec wyszedł na zewnątrz? Chciał szukać rodziców?
Zasadniczo Brenna uważała, że Alastor i Cain byli dużo lepszymi i bardziej empatycznymi ludźmi od niej.
Nie chodziło nawet o to, że widzieli aury (a raczej jeden z nich widział je kiedyś). Po prostu nieśli pomoc nawet, jeżeli musieli mocno kombinować, w jaki sposób tej udzielić. Żeby kogoś nakarmić, odejmowali sobie od ust. I wyrośli na takich ludzi mimo tego, że w ich domach raczej się nie przelewało. Oczywiście, Brenna nie znała pełnej sytuacji rodzinnej kuzynów, ale łatwo było się domyśleć, że aurorska służba odcisnęła swoje piętno i na ojcu jednego, i na matce drugiej. Podczas gdy jej ojciec, nawet jeżeli prowadził najpaskudniejsze sprawy, pozostał człowiekiem wprawdzie surowym i wymagającym, to też na swój sposób wspierającym i rodzinnym, z nimi sprawa wyglądała inaczej. Ich rodzice prawdopodobnie nie byli zawsze obok. Nie zawsze mogli liczyć na wsparcie, nie mieli na wyciągnięcie ręki wszystkiego, po co tylko zechcieliby sięgnąć, nie mieli obok siebie masy ludzi równie beztroskich jak oni. Skrzatki, podsuwającej pod nos deser, matki, która ganiła za przewinienia, ale chwaliła za osiągnięcia, i starszego brata, zbierającego cię z ziemi, kiedy spadniesz z drzewa.
Brenna nie uważała, żeby bycie szczodrą w jej przypadku o czymkolwiek świadczyło. Było łatwe, kiedy jej skrytkę Gringotta wypełniały galeony, jakie matka przelewała tam regularnie od narodzin córki, i którymi potem zasypano skarbiec, gdy zmarł dziadek Potter. Nie musiała się zastanawiać, skąd wziąć potrzebne środki ani niczego sobie odmawiać, gdy je wyciągnęła - więc co tak naprawdę dawała od siebie? Najwyżej odrobinę czasu.
W przypadku Caina sprawa przedstawiała się inaczej.
Dlatego ostatecznie to chyba on był lepszym człowiekiem od niej.
- Jasne, pobawię się z nimi - zapewniła tylko i poklepała go po ramieniu. O tak, też liczyła, że się pomylił, ale nie wolno im było tak zakładać. Po prostu nie. A pójść do Ministerstwa... Dowodów było za mało. A Ministerstwo nie mogło być wszędzie.
Oni niestety też nie.
Brenna odepchnęła jednak od siebie tę myśl, bo może nie byli wszędzie, ale byli tutaj.
- Och, jestem lepsza od świętego Mikołaja - zapewniła Brenna wesoło, kiedy dzieci zaczęły podpytywać. - Też przynoszę prezenty, w razie potrzeby wlezę gdzie trzeba przez komin, a jestem od niego dużo ładniejsza - oświadczyła, robiąc przy tym komiczną minę. Przyklękła przy choince, gotowa pomóc dzieciakom z bombkami, i w pierwszej chwili nie zdawała sobie sprawy z tego, że kogoś tu brakuje, bo nie zdążyła przecież poznać nawet ich imion, nie mówiąc o twarzach, ale...
...czy gdy tu wchodziła, nie było jeszcze jednego dzieciaka?
- Hej, a gdzie wasz kolega? Nie stał tutaj wcześniej?
– Aaaa? Basil? Pewnie się gdzieś schował. On ciągle płacze za rodzicami…
– Chyba wyszedł, jak rozmawialiście – dodała jedna z dziewczynek, a Brenna… może nie zakładałaby niczego złego, ale opowieść Caina o tym, że był tu ktoś z czarną aurą…
Dźwignęła się na nogi w tej samej chwili, w której opiekunka od dzieci ruszyła w głąb domu, nawołując chłopca.
– Jeśli go tu nie ma, niech pani przyniesie jakieś jego ubranie! – zawołała Brenna, wściekła na samą siebie, że od razu nie zauważyła, że dzieciaka nie było w pomieszczeniu. Pewnie znikł Marii z oczu, kiedy Cain i Brenna rozmawiali z boku. – Sprawdzę, czy zostały jego buty – mruknęła, ruszając ku drzwi, zamierzając sprawdzić, ile par dziecięcych bucików tam stoi. Do licha, może chłopiec wyszedł na zewnątrz? Chciał szukać rodziców?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.