Stanelyowi odrobinę udało się ją uspokoić, ale bała się, że ten człowiek ją odnajdzie, że znowu tu wejdzie i zakłóci jej spokój. Bała się, że przyjdzie ten drugi, że będzie chciał ją zabić, a ona się nie obroni, więc nic dziwnego, że gdy tylko dostała list od Stanleya przybiegła z nim do Alexa. Poprosiła go, aby tej nocy u niej spał, żeby jej nie zostawiał samej i przypilnował, aby nikt znowu nie wszedł do środka. Serce nadal kołatało jej ze stresu w piersi, ale starała się uspokoić. Podgrzewała właśnie zupę gulaszową, aby mężczyzna mógł sobie porządnie zjeść przed snem, w niewielkim piekarniku piekły się chlebki czosnkowe, które zawsze robi do tego dania. Oprócz tego gotowała wodę na napar z ziół, aby móc się uspokoić.
Miała na sobie już piżamę, którą kiedyś zwędziła z jednego domostwa. Miała jakiś śmieszny nadruk, którego Elaine i tak nie mogła odczytać i naszywkę z kawą, była koloru niebieskiego, składała się z krótkich spodenek i koszulki na ramiączku. Była w trakcie nakładania zupy do misek, gdy do środka wszedł Al. Spojrzała na niego z szerokim uśmiechem i wdzięcznością w oczach.
– Zupa gulaszowa – odpowiedziała i położyła miski na stoliku. Zerknęła na jego broń, ale nie skomentowała, jedynie maczetę odstawiła pod ścianę, bo stół był do czegoś innego. Może była to lekka paranoja, ale wolała być bezpieczna niż stracić życie w nocy. Potem wyjęła bułeczki z piekarnika i podała na talerzyku na stół. – Siadaj i jedz, czego się napijesz? – zapytała jeszcze nie siadając do stolika. – Przepraszam za kłopot i że znowu musisz sobie mną głowę zawracać – westchnęła ciężko.